Jedno zdanie z ust Astorii wystarczyło, żeby duch wreszcie zamknął jadaczkę i skończył z tą politowania godną sceną. Ostudziła jej zapał, jednocześnie dobijając nawet bardziej. Logan z niezbyt wyraźnym podziwem malującym się w oczach zerknął przez ramię w kierunku Krukonki stojącej obok niego i przez krótką chwilę przyglądał się jej, mimo woli zastanawiając się w obecności Marty co mógłby z nią właśnie w tej chwili robić, gdyby nie — no cóż — obecność Marty. Kiedy zachowała się tak jak teraz, kiedy pokazywała światu tę swoją cholernie pociągającą twarz opanowanej, zimnej Królowej Lodu, robił się jeszcze bardziej napalony. I, o ironio, bardziej sfrustrowany, że im przerwano.
Chociaż to on zaczął małą grę mającą zgnębić ducha nastolatki, to Astoria podjęła ją bez najmniejszego wydawałoby się wysiłku i prowadziła dalej z godną podziwu determinacją oraz wprawą.
Nadawałaby się na Ślizgonkę.
Odepchnął tę myśl, tak samo jak napływające falami fantazje erotyczne i odkleił od niej wreszcie znaczące spojrzenie, z którego dałoby się wyczytać w tym momencie bardzo dużo, gdyby ktoś go na nim przyłapał. Zamiast tego niechętnie znów spojrzał na obłą, brzydką sylwetkę Marty i jebane kafelki po drugiej stronie łazienki. Logan wprawdzie nigdy nie zastanawiał się — nieszczególnie go to interesowało — dlaczego właściwie Marta skończyła jako duch, na dodatek duch mieszkający w szkolnym kiblu. Aczkolwiek wizja przedstawiona przez Astorię była nie tylko interesująca i zdawała się mieć niezłe poparcie w logice, ale jeszcze dodatkowo dobijała Martę. Więc zamierzał skorzystać z tej broni, którą Krukonka wepchnęła mu w dłonie.
Oczy mu błysnęły groźnie, uśmiech nie znikał z ust.
— No, już. Nie bądź taka nieśmiała, Marto. Nie musisz się wstydzić, nie przed nami, prawda Trelawney? Powiedz… — podjął natychmiast, ale nie dał jej szansy na wrócenie do swoich typowych scen z piskami. W jego głosie brzmiało coś bardzo, bardzo nieprzyjemnego, choć same słowa zdawały się być uprzejme, wręcz kojące. Ten rozdźwięk dało się zrozumieć dopiero, kiedy Logan dokończył: — Sznur czy nóż? — Jak się zabiłaś, ty tchórzliwa szmato? — Szyja czy nadgarstki?
Najpierw zapadła cisza.
A później Marta wreszcie się rozpłakała. Wtedy Logan poczuł ten znoajmy dreszcz ekscytacji; dotychczas nie zdawał sobie sprawy, że dręczenie nastoletniego ducha może być równie satysfakcjonujące, co dręczenie jego żywych odpowiedników. Może nawet bardziej w pewien sadystyczny sposób; Marta z tymi słowami będzie przecież musiała żyć przez całe stulecia, aż nie zaplączą się w odmętach pamięci. Z resztą Logan nawet nie miał pewności, czy duchy tracą wspomnienia tak samo jak ludzie.
— W-wyy… Wyy jesteścieee okrooopniii! — zawyła przeciągle, a kiedy niematerialne łzy spływały po jej policzkach, zaczęła powoli się cofać w stronę pierwszej kabiny. — W-wcalee się nie zabiłaam!
— A szkoda — syknął Logan, bezczelnie wcinając się w jej ujadanie. Wymówki i jakaś głupia historyjka opowiadana naiwniakom gotowym słuchać desperatki nie interesowały go wcale. — Wtedy przynajmniej jedną rzecz zrobiłabyś, kurwa, umiejętnie. A teraz wyjazd stąd, przeszkadzasz nam — zakończył bezceremonialnie.
just wanna bury them