08.02.2024, 15:22 ✶
- Dlaczego mnie to nie zaskakuje? - spytała retorycznie Colette. Uśmiechnęła się, ale ten uśmiech nie objął jej zieloniebieskich oczu, które pozostały chłodne, zdawały się jakby... dalekie. Morska otchłań. Kto wie, może gdzieś w krwi Colette płynęła morska woda, odrobina krwi selkie, za mało jednak, aby mogła śpiewać jak one, łudzić swoją mocą, w ogóle władać magią? - Zawsze chodzi o mężczyznę. Albo kobietę. Ewentualnie jeszcze o pieniądze, władzę albo potęgę. Co z tych sprowadziło tutaj ciebie, chłopcze?
Trudno powiedzieć, co ją przekonało. Może uznała, że inaczej nie pozbędzie się Vincenta, może przekonał ją tym uśmiechem, a może zwyczajnie pozostawała świadoma, że on miał różdżkę, a ona nie. Gdyby zatrzasnęła drzwi, mógłby rzucić w nie zaklęcie. Oczywiście, ona mogłaby potem pójść do Ministerstwa Magii, ale wiedziała pewnie, że w starciu przeciwko Prewettom zwykła charłaczka niewiele będzie miała do powiedzenia.
Niesprawiedliwość świata.
Jedna z wielu, z którymi ciężko było cokolwiek zrobić.
W każdym razie sięgnęła po prostu do łańcuszka, ściągnęła go i otworzyła szerzej drzwi, wpuszczając Vincenta do środka. Najpierw do przedpokoju, niewielkiego, gdzie mieściła się tylko szafa, a potem do saloniku. Był daleki od luksusów, większość sprzętów, która w nim stała, miała najmniej kilkanaście lat, ale panował w nim porządek i ktoś dbał o to, by było tu przyjemnie: koronkowy obrus na stoliku, ładne zasłonki w oknach, miękkie poduszki na niedużej kanapie i na fotelu. Colette usiadła w tym ostatnim, Vincentowi pozostawiając kanapę, nie pytając nawet, gdzie chce usiąść.
- Miałam wielu mężczyzn. Więcej niż mogłabym zliczyć. Nie pamiętam większości, zwłaszcza, że szczęśliwie minęły lata, odkąd opuściłam ciemność Nokturnu i zrozumiałam, że lepiej będzie mi tutaj, gdzie nie patrzą na mnie z pogardą, bo nie umiem rzucić lumos - stwierdziła sucho, splatając dłonie na kolanach i obserwując Vincenta uważnym spojrzeniem swoich pięknych oczu. - Pytaj jednak, bo sądzę, że bez tego nie odejdziesz. Choć możliwe, że nie zdołam ci odpowiedzieć.
Trudno powiedzieć, co ją przekonało. Może uznała, że inaczej nie pozbędzie się Vincenta, może przekonał ją tym uśmiechem, a może zwyczajnie pozostawała świadoma, że on miał różdżkę, a ona nie. Gdyby zatrzasnęła drzwi, mógłby rzucić w nie zaklęcie. Oczywiście, ona mogłaby potem pójść do Ministerstwa Magii, ale wiedziała pewnie, że w starciu przeciwko Prewettom zwykła charłaczka niewiele będzie miała do powiedzenia.
Niesprawiedliwość świata.
Jedna z wielu, z którymi ciężko było cokolwiek zrobić.
W każdym razie sięgnęła po prostu do łańcuszka, ściągnęła go i otworzyła szerzej drzwi, wpuszczając Vincenta do środka. Najpierw do przedpokoju, niewielkiego, gdzie mieściła się tylko szafa, a potem do saloniku. Był daleki od luksusów, większość sprzętów, która w nim stała, miała najmniej kilkanaście lat, ale panował w nim porządek i ktoś dbał o to, by było tu przyjemnie: koronkowy obrus na stoliku, ładne zasłonki w oknach, miękkie poduszki na niedużej kanapie i na fotelu. Colette usiadła w tym ostatnim, Vincentowi pozostawiając kanapę, nie pytając nawet, gdzie chce usiąść.
- Miałam wielu mężczyzn. Więcej niż mogłabym zliczyć. Nie pamiętam większości, zwłaszcza, że szczęśliwie minęły lata, odkąd opuściłam ciemność Nokturnu i zrozumiałam, że lepiej będzie mi tutaj, gdzie nie patrzą na mnie z pogardą, bo nie umiem rzucić lumos - stwierdziła sucho, splatając dłonie na kolanach i obserwując Vincenta uważnym spojrzeniem swoich pięknych oczu. - Pytaj jednak, bo sądzę, że bez tego nie odejdziesz. Choć możliwe, że nie zdołam ci odpowiedzieć.