08.02.2024, 15:53 ✶
– Tamten mężczyzna próbował uciekać do piwnicy. Może to miejsce zostało stworzone jako kryjówka. Niekoniecznie przez niego, ale on odkrył przejście? Tylko coś się zepsuło?
To byłoby dobrą opcją, bo oznaczałoby, że chyba da się stąd wyjść. I że było to miejsce... używane.
Lestrange nie musiał nawet jej blokować, Brenna stała grzecznie w progu, dopóki obaj mężczyźni nie weszli, by zerknąć na to, co widziała. Uniosła tylko lekko brwi, gdy zacisnął palce na jej ramieniu, ale nic nie powiedziała - może usłyszał o niej coś na przykład o matki Victorii albo jakiegoś znajomego, i wyolbrzymiona plotka sprawiała, że oczekiwał wręcz, że Longbottom po prostu pobiegnie sobie w głąb domu z radosnym chichotem.
Tyle że to, że na nich poczekała, nie oznaczało, że nie zamierzała iść pierwsza. Wcale nie dlatego, że zamierzała popełnić jakieś spektakularne samobójstwo, ale że było to jedyne logiczne rozwiązanie.
- W tej sprawie się pokłócimy, Rodolphusie - powiedziała bardzo spokojnie, tonem w ogóle nie kłótliwym, na jego twardą deklarację, że nie może iść pierwsza. To niby kto miał iść pierwszy?! On?! Ile on w ogóle miał lat, z dziewiętnaście?! No dobrze, tuż po Hogwarcie chyba nie przyjęliby go do Departamentu Tajemnic, więc może ze dwadzieścia, ale wciąż o wiele za mało, żeby puszczać go przodem. A Morpheus? O nie, żadna siła na ziemi i niebie nie mogła jej zmusić, by powiedziała Godrykowi, że poprowadziła na śmierć drugiego z jego synów. - Jesteście wyszkoleni do zajmowania się dziwną magią i tak dalej, cokolwiek tu znajdziemy, wy powinniście to oglądać pierwsi. Ale jeżeli coś albo ktoś tutaj nagle wyskoczy, żeby wybuchnąć w twarze, pożreć, rozerwać czy obrzucić zaklęciami, to najpierw musi przejść obok mnie.
Albo po jej cholernym trupie.
Wyciągnęła gwałtownie rękę, chcąc pochwycić wuja, gdy usiłował się prześlizgnąć. O nie. I nie ruszyła się, bo przecież stała w tych cholernych drzwiach pierwsza.
– Nic z tego Morpheusie. Żadne zrozumiano. Nie puszczę cię przodem. Do licha, wujku, potrafisz spojrzeć mi w oczy i przysiąc szczerze, że jeśli coś cię zaatakuje, poradzisz sobie z tym lepiej ode mnie? Myślisz, że tata kazałby mi zostać z tyłu, bo jestem dziewczyną? Sam wiesz, że jesteś synem swojej matki – powiedziała cicho, nie rozwijając myśli, nie chcąc jej podejmować przy Rodolphusie, ale licząc, że wuj zrozumie, co miała na myśl. Morpheus był mężczyzną o wiele od niej mądrzejszym, patrzącym w przyszłość, dostrzegającym symbole, zwiastujące przyszłe wydarzenia, ale i wyłapującym drobiazgi, które mogły ujść jej oczu. O jego biegłości w translokacji mogła tylko pomarzyć. Ale był synem matki z rodu Slughornów, był naukowcem i myślicielem, profetą, człowiekiem skaczącym przez czas.
Ona, choć łatwo mogło to ujść światu pod maską głupiego uśmiechu i jeszcze głupszych żartów, była córką swojego ojca, najstarszego z synów Godryka, dzieckiem żołnierza na żołnierza wychowywaną. Matka mogła mieć nadzieję, że jej córka będzie księżniczką, ale nic z tego nie wyszło - to raczej Erik był księciem, potrafiącym machać szpadą i się pojedynkować, ale wciąż tym królewiczem, który miał czar, maniery, i któremu brakowało tylko korony. Dłonie Brenny tymczasem pokrywały odciski od rękojeści, a jeśli szło o pojedynki, obojętnie czy magiczne, czy te na broń białą, czy wręcz, to Morpheus przestał z nią wygrywać, gdy miała mniej więcej osiemnaście lat.
Poza tym twój ojciec nie może stracić kolejnego dziecka.
Nie, gdy stracił już dwoje, a jedno z nich na śmierć poszło na jej prośbę.
I w tej chwili mógł zobaczyć w jej przyszłości głównie mocą intencję NIE pozwolenia, aby stała się mu krzywda.
To byłoby dobrą opcją, bo oznaczałoby, że chyba da się stąd wyjść. I że było to miejsce... używane.
Lestrange nie musiał nawet jej blokować, Brenna stała grzecznie w progu, dopóki obaj mężczyźni nie weszli, by zerknąć na to, co widziała. Uniosła tylko lekko brwi, gdy zacisnął palce na jej ramieniu, ale nic nie powiedziała - może usłyszał o niej coś na przykład o matki Victorii albo jakiegoś znajomego, i wyolbrzymiona plotka sprawiała, że oczekiwał wręcz, że Longbottom po prostu pobiegnie sobie w głąb domu z radosnym chichotem.
Tyle że to, że na nich poczekała, nie oznaczało, że nie zamierzała iść pierwsza. Wcale nie dlatego, że zamierzała popełnić jakieś spektakularne samobójstwo, ale że było to jedyne logiczne rozwiązanie.
- W tej sprawie się pokłócimy, Rodolphusie - powiedziała bardzo spokojnie, tonem w ogóle nie kłótliwym, na jego twardą deklarację, że nie może iść pierwsza. To niby kto miał iść pierwszy?! On?! Ile on w ogóle miał lat, z dziewiętnaście?! No dobrze, tuż po Hogwarcie chyba nie przyjęliby go do Departamentu Tajemnic, więc może ze dwadzieścia, ale wciąż o wiele za mało, żeby puszczać go przodem. A Morpheus? O nie, żadna siła na ziemi i niebie nie mogła jej zmusić, by powiedziała Godrykowi, że poprowadziła na śmierć drugiego z jego synów. - Jesteście wyszkoleni do zajmowania się dziwną magią i tak dalej, cokolwiek tu znajdziemy, wy powinniście to oglądać pierwsi. Ale jeżeli coś albo ktoś tutaj nagle wyskoczy, żeby wybuchnąć w twarze, pożreć, rozerwać czy obrzucić zaklęciami, to najpierw musi przejść obok mnie.
Albo po jej cholernym trupie.
Wyciągnęła gwałtownie rękę, chcąc pochwycić wuja, gdy usiłował się prześlizgnąć. O nie. I nie ruszyła się, bo przecież stała w tych cholernych drzwiach pierwsza.
– Nic z tego Morpheusie. Żadne zrozumiano. Nie puszczę cię przodem. Do licha, wujku, potrafisz spojrzeć mi w oczy i przysiąc szczerze, że jeśli coś cię zaatakuje, poradzisz sobie z tym lepiej ode mnie? Myślisz, że tata kazałby mi zostać z tyłu, bo jestem dziewczyną? Sam wiesz, że jesteś synem swojej matki – powiedziała cicho, nie rozwijając myśli, nie chcąc jej podejmować przy Rodolphusie, ale licząc, że wuj zrozumie, co miała na myśl. Morpheus był mężczyzną o wiele od niej mądrzejszym, patrzącym w przyszłość, dostrzegającym symbole, zwiastujące przyszłe wydarzenia, ale i wyłapującym drobiazgi, które mogły ujść jej oczu. O jego biegłości w translokacji mogła tylko pomarzyć. Ale był synem matki z rodu Slughornów, był naukowcem i myślicielem, profetą, człowiekiem skaczącym przez czas.
Ona, choć łatwo mogło to ujść światu pod maską głupiego uśmiechu i jeszcze głupszych żartów, była córką swojego ojca, najstarszego z synów Godryka, dzieckiem żołnierza na żołnierza wychowywaną. Matka mogła mieć nadzieję, że jej córka będzie księżniczką, ale nic z tego nie wyszło - to raczej Erik był księciem, potrafiącym machać szpadą i się pojedynkować, ale wciąż tym królewiczem, który miał czar, maniery, i któremu brakowało tylko korony. Dłonie Brenny tymczasem pokrywały odciski od rękojeści, a jeśli szło o pojedynki, obojętnie czy magiczne, czy te na broń białą, czy wręcz, to Morpheus przestał z nią wygrywać, gdy miała mniej więcej osiemnaście lat.
Poza tym twój ojciec nie może stracić kolejnego dziecka.
Nie, gdy stracił już dwoje, a jedno z nich na śmierć poszło na jej prośbę.
I w tej chwili mógł zobaczyć w jej przyszłości głównie mocą intencję NIE pozwolenia, aby stała się mu krzywda.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.