08.02.2024, 16:31 ✶
Lekko zmarszczył nos, gdy wraz z odległymi dzwonami niosącymi się z Doliny, usłyszał odgłos przebitej osnowy rzeczywistości. Językiem przejęchał po białych, calkiem ostrych jak na człowieka zębach, by pozbyć się tego dziwnego odczucia na wilgotnej śluzówce. Mrowienie ustąpiło, ale Samuel nie zamierzał jeszcze się podnosić, przecież - co bardzo prawdopodobne - to wcale nie musiała być osoba, z którą był umówiony.
Kiedy jednak usłyszał przyjazne powitanie oraz równie przyjazne smyrnięcie po twarzy, uchylił jedno ślipie, odwzajemniając uśmiech. Tak, to był właśnie pan Morpheus, właściciel całkiem zacnej papeterii z Bardzo Ważnego Miejsca w Londynie. Nie wyglądał jak nadęty ważniak, w przeciwieństwie do wczorajszego wieczoru, kiedy zaciekawionym krogulczym okiem łypał na twarz ukutą ze spiżowej, lśniącej egzaltacji. Może to nie było zbyt uprzejme, przelecieć się do rezydencji i połączyć w końcu imię z nazwiskiem i papeterią, ale nie mógł się powstrzymać, zwłaszcza, że w dolinie był głównie kojarzony z niedźwiedzią formą, zaś fakt, że może morfować w jeszcze jedno zwierze nie był aż tak powszechnie znany. Może gdyby używał nazwiska...
Ale ale, powróćmy do chwili, gdy całkiem ludzka źrenica okraszona chłodnym błękitem tęczówki oceniała ciemnowłosego mężczyznę, o wydatnej krzywiźnie nosa i skórze pociągniętej nieco ciemniejszym umaszczeniem. Musiał przyznać, że łuk warg wygięty ku górze i oczy okraszone szczerą pajęczynką zmarszczek, były o wiele milsze niż wczorajsza, niema konfrontacja.
Trwało to tylko moment, jakby Sam potrzebował chwili by powrócić myślami z obłoków, choć tak na prawdę był bardzo osadzony w obecnej chwili. Poderwał się jak sprężynka, korzystając z przywileju młodości. Mięśnie napinały się i rozluźniały pod cienką warstwą skóry.
– Uszanowanie panie Morpheuszu... – uśmiech na szczupłej twarzy był życzliwy, choć miał w sobie poblask leśnego chochlika. Wyciągnięta do wróżbity dłoń zdecydowanie nie mogła być miękka. Nosiła ślady wielu zagojonych blizn, powyciąganych drzazg i zaleczonych odcinków. Była też uwalona piachem, co Sam zaobserwował chwilę po swoim geście, więc pospiesznie wycofał ją i energicznie oczyścił o lekko zawilgotnione spodnie.
– Przepraszam, to... mm... robiłem wcześniej rekonesans, żeby nie przychodzić na spotkanie z... hehe... pustymi rękoma. – zdawał się lekko zapodziany w sytuacji, nie onieśmielony, ale z pewnością nie było to dla niego spotkanie wybitnie komfortowe. Zwłaszcza teraz, gdy przypomniał sobie, że te oczy kiedyś nie miały zmarszczek, a czarne włosy nie były pociągnięte siwizną. Że ten głos zwykł wołać Brennę i Norę, gdy był czas wracać znad jeziora do domu. Cóż, mały był światek Doliny Godryka, Sam naprawdę mógł się tego spodziewać, nawet jeśli wcześniej nie był pewien, z którym Longbottomem będzie miał do czynienia.
Kiedy jednak usłyszał przyjazne powitanie oraz równie przyjazne smyrnięcie po twarzy, uchylił jedno ślipie, odwzajemniając uśmiech. Tak, to był właśnie pan Morpheus, właściciel całkiem zacnej papeterii z Bardzo Ważnego Miejsca w Londynie. Nie wyglądał jak nadęty ważniak, w przeciwieństwie do wczorajszego wieczoru, kiedy zaciekawionym krogulczym okiem łypał na twarz ukutą ze spiżowej, lśniącej egzaltacji. Może to nie było zbyt uprzejme, przelecieć się do rezydencji i połączyć w końcu imię z nazwiskiem i papeterią, ale nie mógł się powstrzymać, zwłaszcza, że w dolinie był głównie kojarzony z niedźwiedzią formą, zaś fakt, że może morfować w jeszcze jedno zwierze nie był aż tak powszechnie znany. Może gdyby używał nazwiska...
Ale ale, powróćmy do chwili, gdy całkiem ludzka źrenica okraszona chłodnym błękitem tęczówki oceniała ciemnowłosego mężczyznę, o wydatnej krzywiźnie nosa i skórze pociągniętej nieco ciemniejszym umaszczeniem. Musiał przyznać, że łuk warg wygięty ku górze i oczy okraszone szczerą pajęczynką zmarszczek, były o wiele milsze niż wczorajsza, niema konfrontacja.
Trwało to tylko moment, jakby Sam potrzebował chwili by powrócić myślami z obłoków, choć tak na prawdę był bardzo osadzony w obecnej chwili. Poderwał się jak sprężynka, korzystając z przywileju młodości. Mięśnie napinały się i rozluźniały pod cienką warstwą skóry.
– Uszanowanie panie Morpheuszu... – uśmiech na szczupłej twarzy był życzliwy, choć miał w sobie poblask leśnego chochlika. Wyciągnięta do wróżbity dłoń zdecydowanie nie mogła być miękka. Nosiła ślady wielu zagojonych blizn, powyciąganych drzazg i zaleczonych odcinków. Była też uwalona piachem, co Sam zaobserwował chwilę po swoim geście, więc pospiesznie wycofał ją i energicznie oczyścił o lekko zawilgotnione spodnie.
– Przepraszam, to... mm... robiłem wcześniej rekonesans, żeby nie przychodzić na spotkanie z... hehe... pustymi rękoma. – zdawał się lekko zapodziany w sytuacji, nie onieśmielony, ale z pewnością nie było to dla niego spotkanie wybitnie komfortowe. Zwłaszcza teraz, gdy przypomniał sobie, że te oczy kiedyś nie miały zmarszczek, a czarne włosy nie były pociągnięte siwizną. Że ten głos zwykł wołać Brennę i Norę, gdy był czas wracać znad jeziora do domu. Cóż, mały był światek Doliny Godryka, Sam naprawdę mógł się tego spodziewać, nawet jeśli wcześniej nie był pewien, z którym Longbottomem będzie miał do czynienia.