Pojawił się nagle, tuż za nią na tafli spokojnego jeziora, niczym lilia tam zagubiona. Spoglądała na niego uważnie, wpatrywała się w oczy mieniące się w księżycowym świetle. Chciała zapamiętać ten widok, aby jej towarzyszył w przyszłości, gdy będą musieli choć na moment się rozstać. Najchętniej by do tego nie dopuszczała, spragniona była jego bliskości, wszak tyle na to czekała. Nie do końca zdawała sobie sprawę, że, aż tak będzie tonęła w tych błękitnych bez dna oczach, oby nie pozwolił jej się utopić. Mogłaby się w nim zanurzyć cała, by opływał ją wkoło, wnikał niczym muzyka, która dociera do każdego zakamarka ciała.
Odliczała dni, miesiące, aż wreszcie stało się upragnione. Znalazł się przed nią i objął swymi ramionami, poczuła się bezpiecznie, jakby nikt już nigdy miał jej nie skrzywdzić. Wtuliła się mocno w silne ramiona, bez słowa, bo czasem wcale nie były potrzebne, bez sensu jest mówić, gdy gesty opowiadają wszystko, czym chciała się z nim podzielić. Przymknęła oczy, oddychała spokojnie, powoli, chciała się nacieszyć tą bliskością. Mogła tak trwać wiecznie, w blasku księżyca, czy też słońca.
Czuła, że ciało ją pali od środka, pomimo chłodu czerwcowej nocy spotęgnowanego kojącą wodą jeziora. Miała wrażenie, że niedługo spłonie. Kiedy był tuż obok i mogła go dotknąć, pod opuszkami palców poczuć ciepło jego ciała dotarło do niej, że nie jest to mara, że dzieję się to naprawdę. Myślała o tym wiele razy ostatniego roku, czy faktycznie te listowne deklaracje będą miały rację bytu, w tej chwili nie potrafiła uzasadnić swoich obaw. Niczym się już nie martwiła, bo był tuż obok, najwyraźniej tak jak ona wyczekiwał tej bliskości. Dwa ciała, spragnione swojego dotyku, które zaczęły poznawać się bliżej podczas tej magicznej, czerwcowej nocy.
Zadarła głowę w górę, by móc na niego spojrzeć, kocie, zielone oczy wpatrywały się w jego twarz bardzo uważnie, jakby chciały zapamiętać każdy, nawet najdrobniejszy szczegół. Przesunęła swoją dłoń na jego policzek, bardzo delikatnie, tak, że ten dotyk był praktycznie nieodczuwalny, opuszczkami przejechała po odznaczających się kościach żuchwy, pozostawiała tam ciepło po śladach swoich drobnych palców, które powoli zmierzały ku jego szyi.