08.02.2024, 18:53 ✶
W jego oczach była miastową i miał prawo tak myśleć. Chociaż sama Brenna chyba oburzyłaby się, słysząc takie określenie z jego ust. Urodziła się w Dolinie Godryka i mieszkała tu całe życie, w niewielkim miasteczku, otoczonym przez lasy i wrzosowiska. Londyn odwiedzała głównie wtedy, gdy wybierali się do krewnych, znajomych lub na zakupy. Od zawsze kręciła się po lasach i wrzosowiskach, i może nawet niektórzy mogliby uznać ją za małą dzikuskę z Doliny Godryka.
Ale to on był tutaj prawdziwym chłopcem z Kniei.
Otworzyła usta że zdumienia, gdy krogulec stał się człowiekiem. Wiedziała o istnieniu animagów: profesor transmutacji zademonstrowała im już przemianę, a sama Brenna uczyła się na ten temat pilnie, w tajemnicy, zdecydowana przybrać zwierzęcą postać, skoro w takiej mogłaby lepiej dbać o bezpieczeństwo brata.
Ale to był nastolatek. Na oko młodszy od niej. Ba, zdawał się jej jeszcze młodszy niż był w istocie, że względu pewnie na ubiór i patykowate kończyny. Opanowanie animagii było zaś trudne, w tak młodym wieku nielegalne przecież, a jeszcze ten chłopak używał magii, gdy Brenna przywykła, że na młodych ciąży namiar. Wymuszający rozsądek poza murami szkoły.
- Jej - podsumowała, a potem, gdy gałąź pękła, odruchowo skoczyła do przodu, wyciągając ręce, jakby gotowa go łapać, gdyby zwalił się na ziemię. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło, bo któreś z nich pewnie skończyłoby połamane: Brenna odetchnęła, gdy zleciał tylko na niższą gałąź. A potem przesunęła wzrokiem po pozostałych i po pniu, szukając najlepszej drogi dostania się na drzewo.
Przecież nie będzie z nim rozmawiać, kiedy mógł na nią patrzeć z góry.
Zbliżyła się, podciągnęła na najniższej gałęzi, stopami szukając oparcia. Kora posypała się spod podniszczonych trampek – nowych prawie, ale Brenna niszczyła tego typu buty w zastraszającym wręcz tempie – ale dziewczyna dostała się najpierw na tę gałąź, a potem na niej stanęła i przelazła na kolejną, nieco wyższą. Wciąż była niżej niż Samuel, niestety, bo by wejść tam, gdzie on, potrzebowałaby chyba skrzydeł, ale przynajmniej nie miała poczucia, że Tak Nie Może Być, że on siedzi na drzewie, a ona stoi jak ten kołek na dole.
– Cześć – przywitała się, ostrożnie usadawiając się na gałęzi. – Nieźle, naprawdę nieźle, świetna forma, to musi być cudowne, być sobie takim ptakiem i nawet nie musieć uciekać z domu oknem. To znaczy oknem, ale bez wyłażenia. Ale jak to robisz, że jeszcze nie stoi tu nikt z Ministerstwa? Czy może właśnie przed nimi uciekasz? – Tknęło ją i obróciła się, jakby oczekiwała, że zaraz aportuje się jakiś pracownik, poszukujący młodocianego przestępcy.
Sama ani myślała go za to ganić, chociaż tatuś pewnie westchnąłby potępiająco.
Ale to on był tutaj prawdziwym chłopcem z Kniei.
Otworzyła usta że zdumienia, gdy krogulec stał się człowiekiem. Wiedziała o istnieniu animagów: profesor transmutacji zademonstrowała im już przemianę, a sama Brenna uczyła się na ten temat pilnie, w tajemnicy, zdecydowana przybrać zwierzęcą postać, skoro w takiej mogłaby lepiej dbać o bezpieczeństwo brata.
Ale to był nastolatek. Na oko młodszy od niej. Ba, zdawał się jej jeszcze młodszy niż był w istocie, że względu pewnie na ubiór i patykowate kończyny. Opanowanie animagii było zaś trudne, w tak młodym wieku nielegalne przecież, a jeszcze ten chłopak używał magii, gdy Brenna przywykła, że na młodych ciąży namiar. Wymuszający rozsądek poza murami szkoły.
- Jej - podsumowała, a potem, gdy gałąź pękła, odruchowo skoczyła do przodu, wyciągając ręce, jakby gotowa go łapać, gdyby zwalił się na ziemię. Na szczęście nic takiego nie nastąpiło, bo któreś z nich pewnie skończyłoby połamane: Brenna odetchnęła, gdy zleciał tylko na niższą gałąź. A potem przesunęła wzrokiem po pozostałych i po pniu, szukając najlepszej drogi dostania się na drzewo.
Przecież nie będzie z nim rozmawiać, kiedy mógł na nią patrzeć z góry.
Zbliżyła się, podciągnęła na najniższej gałęzi, stopami szukając oparcia. Kora posypała się spod podniszczonych trampek – nowych prawie, ale Brenna niszczyła tego typu buty w zastraszającym wręcz tempie – ale dziewczyna dostała się najpierw na tę gałąź, a potem na niej stanęła i przelazła na kolejną, nieco wyższą. Wciąż była niżej niż Samuel, niestety, bo by wejść tam, gdzie on, potrzebowałaby chyba skrzydeł, ale przynajmniej nie miała poczucia, że Tak Nie Może Być, że on siedzi na drzewie, a ona stoi jak ten kołek na dole.
– Cześć – przywitała się, ostrożnie usadawiając się na gałęzi. – Nieźle, naprawdę nieźle, świetna forma, to musi być cudowne, być sobie takim ptakiem i nawet nie musieć uciekać z domu oknem. To znaczy oknem, ale bez wyłażenia. Ale jak to robisz, że jeszcze nie stoi tu nikt z Ministerstwa? Czy może właśnie przed nimi uciekasz? – Tknęło ją i obróciła się, jakby oczekiwała, że zaraz aportuje się jakiś pracownik, poszukujący młodocianego przestępcy.
Sama ani myślała go za to ganić, chociaż tatuś pewnie westchnąłby potępiająco.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.