Z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu słowa Isobell go zabolały. Wiedział, że jest niemoralny, przesiąknięty zepsuciem do szpiku kości. Przecież właśnie dlatego wciąż i wciąż odsuwał od siebie młodszą siostrę, jak gdyby jej jasna obecność czyniła jego czerń jeszcze ciemniejszą. Mimo to, wypowiedziane na głos słowa, okraszone taką pogardą i nienawiścią dotknęły czułej nuty w jego sercu. Czy naprawdę tym właśnie chciał być? Mrokiem, który istniał tylko jako kontrapunkt dla jasności i dobra? Milczeniem śmierci, które uwydatniało wartość pochodzącą ze śmiechu życia? Przecież nie zawsze tak było. On też kiedyś miał plany, czuł miłość, miał nadzieję. Czy mógł ryzykować ból, który czuł kiedy Diana go odrzuciła, w imię zostania... No właśnie, kim? Jego działalność na Nokturnie definiowała go znacznie bardziej niż praca w Ministerstwie - bez Rose Noire byłby nikim.
Otworzył usta, chciał coś powiedzieć, ale Agatha go ubiegła. Biedna, niewinna, zmanipulowana dziewczyna dokończyła to, przed czego zrobieniem on próbował powstrzymać Isobell. Przez ułamek sekundy dostrzegł odbicie ognia w błyszczącym ostrzu noża i pomyślał, że jeszcze może zdążyć dopaść do niej i zatamować krwawienie. Jeszcze mógłby ją ocalić. Potem z rany popłynęła krew, wytyczając ciemny łuk na nadgarstku dziewczyny i skapując na kamienie. A potem była już tylko biel.
Unosił się w białej, efemerycznej kołysce. Czuł swoje ciało, ale nie mógł go dostrzec. Nawet go nie szukał, bo biel nie była tym nieprzyjemnym jasnym światłem odbitym od białej kartki papieru a raczej mleczną bielą czystego prześcieradła i ciepłej kołdry tuż przed tym kiedy człowiek odkrywa twarz, budząc się rano. Czuł się lekko i spokojnie - coś czego nie doświadczył od wielu lat. W jakiś niezrozumiały sposób biel rozpromieniała nawet te mroczne zakamarki jego umysłu, krwi i genów w których drzemał jego Praprzodek. Nie było żadnego syczącego głosu, który mógłby skarcić jego postępowanie, nakazać mu coś albo ukarać go za sprzeciw przeszywającą migreną. Zamiast tego była biel, jasność i błogość. Murtagh przelotnie pomyślał, że jeśli to jest śmierć to Agatha miała zupełną rację podcinając sobie żyły i on sam powinien był to zrobić o wiele wcześniej. Wreszcie był wolny od wszystkich trosk, zobowiązań, planów, ambicji i porażek. W tej nieskończonej bieli to kim był i co zrobił przestawało mieć znaczenie.
Kiedy znów wróciły do niego zmyły, najpierw poczuł zapach - świeże powietrze, lekka wilgoć i zboże. Potem poczuł ułucia źdźbeł siana na plecach, nogach i dłoniach. Kiedy otworzył oczy i ujrzał niewytłumaczalne, nocne niebo, rozświetlające okolicę równie dobrze jak południowe słońce, poczuł że jego wzrok lekko się rozmywa. Usiadł szybko, dotykając oczu i policzków nieco zdumiony. Płakał? Nie, to bez sensu. A jednak - mokra skóra i lekki słony posmak, kiedy przyłożył palce do ust nie pozostawiały wątpliwości. Chciał położyć się z powrotem, z nadzieją że uda mu się wrócić do tej bieli ale głosy dwóch osób, które usłyszał, sprawiły że szybko otarł łzy z twarzy. Powoli zaczął gramolić się ze stogu - kiedy zeskoczył w dół poczuł, że kolana nadal ma nieco miękkie ale udało mu się zachować równowagę.
Spojrzał najpierw na Septimę, a potem na Leviathana. Co oni robili tu z nim? Jeśliby umarł, gdziekolwiek by trafił, szczerze wątpił że ta dwójka wylądowałaby w tym samym miejscu co on. Kiedy Ollivanderówna zwróciła się do niego, wzruszył ramionami.
- Isobell jest jebnięta. Już dawno podejrzewałem, że straciła kontakt z rzeczywistością. Może to jakaś klątwa? A może gdzieś nas teleportowała? Wiem tyle co i wy. - oznajmił znudzonym, nieco nieuprzejmym tonem głosu. Jezu, niech oni sobie pójdą i zostawią go w spokoju. Co go obchodziło gdzie jest? Obecnie nie miał ochoty ani przestrzeni emocjonalnej na robienie czegokolwiek. Z tego też powodu razem z nimi obserwował nadchodzącą kobietę. Matka pojawiło się w jego głowie, bo widział rozliczne jej podobizny w kowenie jako dzieciak. Ta kobieta nie wyglądała jednak w żaden sposób na boginię, raczej na spracowaną mugolkę. Mimo to, zaryzykował pytanie, bo jeśli nie znała odpowiedzi to i tak nic nie straci.
- Czym była ta biel, w której się znaleźliśmy wcześniej? - zwrócił się do niej, jakby ignorując to co im oznajmiła. Zostawił też póki co dla siebie drugie pytanie, które chciał zadać - "Jak do niej wrócić?" bo sam nie był pewny, czy był gotowy na to, żeby poznać odpowiedź.
“I know love and lust don't always keep the same company.”
― Stephenie Meyer, Twilight Murtagh Macmillan, Secrets of London