08.02.2024, 23:47 ✶
– Sponsor, zamożniejsi klienci, może jakieś dodatkowe źródła dochodu? – wyliczyła Brenna, machnięciem różdżki pozbywając się pyłu, który ujawnił, że wcześniej był tutaj ktoś, kto również użył magii. Teraz mówiła znacznie bardziej rzeczowo niż zwykle, nie tak rozwlekle, tonem nie mającym w sobie nic ze zwykłej lekkości, bo byli na miejscu zbrodni i mieli sprawę.
Mieli czarodziejskiego mordercę.
Kogoś, kto mordował mugolki, wierząc że tu, w niemagicznym świecie, nigdy nie zostanie złapany.
Uniosła głowę, kiedy Aidan włączył gramofon. Przekrzywiła lekko głowę, wsłuchując się w dźwięki melodii, romantycznej i zdaniem Parkinsona nie pasującej do dziwki.
– Prostytutki też mogą marzyć – mruknęła, trochę gorzko, odwracając się, by zajrzeć do sypialni. – A może pogadasz z sąsiadką? Można załatwić to od razu. Nie chodzi tylko o tego mężczyznę, ale też mogła wiedzieć coś o Mary. Potem spotkanie z naszym informatorem, poda nam dane policjantów, od których trzeba będzie wyciągnąć raporty…
Nie miała zamiaru używać do tego pięści, ale confundusa i fałszywych papierów już tak. Byli czarodziejami i cóż, to stanowiło normalne metody postępowania. Z perspektywy mugoli moralnie naganne, z całą pewnością, ale Brenna nawet nie miała zamiaru tego rozważać. Skoro to była ich sprawa, musieli ją pociągnąć dalej.
Ale sąsiadka była pod ręką, a poza tym Brenna chciała po prostu pozbyć się Aidana z mieszkania, by sprawdzić kilka rzeczy po swojemu.
– Żadnego szkła. Jeśli jakieś było, policja je zabrała. Ślady po plamie na ścianie, trudno ocenić, jak stare – powiedziała, po czym wsunęła głowę do sypialni. Ostrożnie, bo nie chciała od razu wchodzić do środka i zaryzykować, że potencjalnie coś przeoczy, bo na przykład byłoby tuż za progiem. – Brak pościeli. Prawdopodobnie zabrana przez policję do badań. Brak śladów walki. Świeczek też brak.
Umilkła, a potem jej sylwetka rozmyła się i nagle nie było tam już Brenny, a wielka, czarna wilczyca. Zwierzę zadarło łeb, węsząc w powietrzu, pokręciło się po pomieszczeniu, obwąchało starannie łóżko. Tropów było wiele: zbyt wiele, bo kręcili się tutaj policjanci, technicy, patolog. Nie miała szans pochwycić śladu mordercy, ale…
– Zginęła chyba w sypialni. Poza uduszeniem musiał ją zranić albo ona jego, ciągle czuję słaby zapach krwi – rzuciła, kiedy zmaterializowała się z powrotem, klęcząc na podłodze. Woń krwi była jedną z tych, które ciężko pomylić z czymś innym. Ją oraz zapach czarnej magii Brenna wychwytywała bezbłędnie. – Nie czuję czarnej magii. Może ją unieruchomił zaklęciem, ale cokolwiek zrobił później, użył do tego własnych rąk – dodała, podnosząc się. A to oznaczało, że nie musieli przekazywać informacji do Biura Aurorów, przynajmniej na razie. – Z tego co mówisz, ktoś był tu wcześniej. Morderca? Ale jeśli on, czemu aportował się pod drzwiami? Sąsiadka się myliła? – mruknęła, w ostatniej chwili powstrzymując odruch przeczesania włosów palcami, bo miała przecież na dłoni rękawiczkę. Zbliżyła się do szafy i otworzyła ją ostrożnie, rzuciła okiem na ubrania w środku. Chociaż zwykle widywało się ją w mundurze albo w mugolskich, obszarpanych ciuchach, była Potterowną i jedno spojrzenie wystarczyło jej, aby postawić wniosek. – Ubrania dobrej jakości. Faktycznie miała pieniądze.
Mieli czarodziejskiego mordercę.
Kogoś, kto mordował mugolki, wierząc że tu, w niemagicznym świecie, nigdy nie zostanie złapany.
Uniosła głowę, kiedy Aidan włączył gramofon. Przekrzywiła lekko głowę, wsłuchując się w dźwięki melodii, romantycznej i zdaniem Parkinsona nie pasującej do dziwki.
– Prostytutki też mogą marzyć – mruknęła, trochę gorzko, odwracając się, by zajrzeć do sypialni. – A może pogadasz z sąsiadką? Można załatwić to od razu. Nie chodzi tylko o tego mężczyznę, ale też mogła wiedzieć coś o Mary. Potem spotkanie z naszym informatorem, poda nam dane policjantów, od których trzeba będzie wyciągnąć raporty…
Nie miała zamiaru używać do tego pięści, ale confundusa i fałszywych papierów już tak. Byli czarodziejami i cóż, to stanowiło normalne metody postępowania. Z perspektywy mugoli moralnie naganne, z całą pewnością, ale Brenna nawet nie miała zamiaru tego rozważać. Skoro to była ich sprawa, musieli ją pociągnąć dalej.
Ale sąsiadka była pod ręką, a poza tym Brenna chciała po prostu pozbyć się Aidana z mieszkania, by sprawdzić kilka rzeczy po swojemu.
– Żadnego szkła. Jeśli jakieś było, policja je zabrała. Ślady po plamie na ścianie, trudno ocenić, jak stare – powiedziała, po czym wsunęła głowę do sypialni. Ostrożnie, bo nie chciała od razu wchodzić do środka i zaryzykować, że potencjalnie coś przeoczy, bo na przykład byłoby tuż za progiem. – Brak pościeli. Prawdopodobnie zabrana przez policję do badań. Brak śladów walki. Świeczek też brak.
Umilkła, a potem jej sylwetka rozmyła się i nagle nie było tam już Brenny, a wielka, czarna wilczyca. Zwierzę zadarło łeb, węsząc w powietrzu, pokręciło się po pomieszczeniu, obwąchało starannie łóżko. Tropów było wiele: zbyt wiele, bo kręcili się tutaj policjanci, technicy, patolog. Nie miała szans pochwycić śladu mordercy, ale…
– Zginęła chyba w sypialni. Poza uduszeniem musiał ją zranić albo ona jego, ciągle czuję słaby zapach krwi – rzuciła, kiedy zmaterializowała się z powrotem, klęcząc na podłodze. Woń krwi była jedną z tych, które ciężko pomylić z czymś innym. Ją oraz zapach czarnej magii Brenna wychwytywała bezbłędnie. – Nie czuję czarnej magii. Może ją unieruchomił zaklęciem, ale cokolwiek zrobił później, użył do tego własnych rąk – dodała, podnosząc się. A to oznaczało, że nie musieli przekazywać informacji do Biura Aurorów, przynajmniej na razie. – Z tego co mówisz, ktoś był tu wcześniej. Morderca? Ale jeśli on, czemu aportował się pod drzwiami? Sąsiadka się myliła? – mruknęła, w ostatniej chwili powstrzymując odruch przeczesania włosów palcami, bo miała przecież na dłoni rękawiczkę. Zbliżyła się do szafy i otworzyła ją ostrożnie, rzuciła okiem na ubrania w środku. Chociaż zwykle widywało się ją w mundurze albo w mugolskich, obszarpanych ciuchach, była Potterowną i jedno spojrzenie wystarczyło jej, aby postawić wniosek. – Ubrania dobrej jakości. Faktycznie miała pieniądze.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.