08.02.2024, 23:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2024, 14:56 przez Samuel McGonagall.)
Zatrzymał się w połowie gestu, gdy usłyszał głos dziedzica.
Podobnie umilkła melodia, którą nucił, ale przecież to przez grzeczność, przez rozpoczętą rozmowę. Nie nawykł do tego, żeby podczas roboty rozmawiać z kimkolwiek, ale mieszkańcy Doliny mieli ten nieznośny nawyk prowadzenia takich drobnych rozmów o niczym. Czuł się bardzo zagubiony w tej materii, nie wiedziąc do końca czego się od niego oczekuje. W końcu w umowie była mowa o płocie i jeśli ten spełni oczekiwania, o domku ogrodnika. Nigdzie nie było mowy o pogaduszkach.
Dlatego też słuchał, próbował pojąć, czego też jego pracodawca od niego chce.
Jedzenie.
Zmarszczył czoło. Czy będzie musiał za nie zapłacić tak samo jak czasami płacił u Lizzy?
Tak naprawdę nie myślał wcześniej o jedzeniu, ale gdy pojawiło się w zasięgu, zdał sobie sprawę z tego, że jadł ostatnio wczoraj. Jego brzuch zaskwierczał głośno od wywiniętych kiszek, ale na przystojnej twarzy nie zagościła oznaka zażenowania.
Skinął głową, przyjmując talerz i zaczął jeść od razu, zagarniając kawałkiem chleba jajecznicę prosto do ust. Jadł pospiesznie, nawet nie przysiadając, tak by jak najprędzej uciszyć kiszki i powrócić do pracy. Dopiero spojrzenie do piękną twarz rozmówcy nieco spowolniła proces. Samuel przełknął i na moment zapatrzył się uciekając wspomnieniami do pierwszego razu, gdy ujrzał go w pełnej krasie. Roześmianego, swobodnie obejmującego Norę i opowiadający jej w bardzo mądrych słowach bardzo wyszukany zapewne żart...
Wtedy pierwszy raz Sam poczuł zazdrość, a od tamtej chwili spirala myśli i nieznanych emocji doprowadziła go do życia bez Nory. Życia, w którym musiał się przekonywać, że tak jest dla nich oboje lepiej. Powinien go pewnie nienawidzić, ale tak naprawdę był mu bardzo wdzięczny – dzięki niemu nie opuścił rodziców i mógł być przy łożu umierającego ojca. Dzięki niemu nie nosił ciężaru poczucia winy, gdyby rozstał się z nimi w kłótni i wrócił po roku do opuszczonej przez bóstwa i ludzi leśniczówki. Samo wyobrażenie tej sytuacji sprawiało, że Sam chciał przemienić się w krogulca i lecieć bez tchu ku zatraceniu do słońca.
Nie było to jednak coś, co nadawało się do mówienia w trakcie tych małych, nieważnych rozmówek mających najprawdopodobniej takie zastosowanie jak bezmyślne bzyczenie otaczających ich owadów, dlatego też Samuel zachował te myśli dla siebie.
Z pomocą przyszła mu szczera, przystojna twarz Erica – osadzała go w tu i teraz. Sam żuł wolniej i myślał, że Longbottomowie i ich goście przypominali stado jeleni. Nie potrzebował jakiegośtam napompowanego rankingu, by wiedzieć, że spośród wszystkich stojący przed nim byk jest najznamienitszy. Wyobrażenie sobie Erica jako centaura, z pięknym dumnym porożem, odsłoniętymi szerokimi barkami, i pełnym terytorializmu chwytem na długiej włóczni paradoksalnie osadzało skromnego chłoptasia w rzeczywistości.
Przełknął.
– Części nie dało się odratować, ale mam deski, zaraz je przytnę, wyhebluje i nie będzie widać różnicy. – powiedział cicho, wskazując ręką, na której był gorący wciąż talerz z połową zawartości. Nie wiedział co powiedzieć więcej, więc gdy się odwrócił, od razu spojrzał na psa i mimowolnie jego twarz rozluźniła się, jak zwykle kobietom twarz jaśniała na widok malutkich dzieci. Głowa mu zadrżała, gdy przechylił ją, mimikrą oddając psie zaciekawienie. A potem przykucnął, marszcząc nos kilkukrotnie, wciągając psi zapach mieszkańca domu, którego nie miał okazji wcześniej poznać. O ileż było to bardziej naturalne niż jakieś tam... rozmowy.
Podobnie umilkła melodia, którą nucił, ale przecież to przez grzeczność, przez rozpoczętą rozmowę. Nie nawykł do tego, żeby podczas roboty rozmawiać z kimkolwiek, ale mieszkańcy Doliny mieli ten nieznośny nawyk prowadzenia takich drobnych rozmów o niczym. Czuł się bardzo zagubiony w tej materii, nie wiedziąc do końca czego się od niego oczekuje. W końcu w umowie była mowa o płocie i jeśli ten spełni oczekiwania, o domku ogrodnika. Nigdzie nie było mowy o pogaduszkach.
Dlatego też słuchał, próbował pojąć, czego też jego pracodawca od niego chce.
Jedzenie.
Zmarszczył czoło. Czy będzie musiał za nie zapłacić tak samo jak czasami płacił u Lizzy?
Tak naprawdę nie myślał wcześniej o jedzeniu, ale gdy pojawiło się w zasięgu, zdał sobie sprawę z tego, że jadł ostatnio wczoraj. Jego brzuch zaskwierczał głośno od wywiniętych kiszek, ale na przystojnej twarzy nie zagościła oznaka zażenowania.
Skinął głową, przyjmując talerz i zaczął jeść od razu, zagarniając kawałkiem chleba jajecznicę prosto do ust. Jadł pospiesznie, nawet nie przysiadając, tak by jak najprędzej uciszyć kiszki i powrócić do pracy. Dopiero spojrzenie do piękną twarz rozmówcy nieco spowolniła proces. Samuel przełknął i na moment zapatrzył się uciekając wspomnieniami do pierwszego razu, gdy ujrzał go w pełnej krasie. Roześmianego, swobodnie obejmującego Norę i opowiadający jej w bardzo mądrych słowach bardzo wyszukany zapewne żart...
Wtedy pierwszy raz Sam poczuł zazdrość, a od tamtej chwili spirala myśli i nieznanych emocji doprowadziła go do życia bez Nory. Życia, w którym musiał się przekonywać, że tak jest dla nich oboje lepiej. Powinien go pewnie nienawidzić, ale tak naprawdę był mu bardzo wdzięczny – dzięki niemu nie opuścił rodziców i mógł być przy łożu umierającego ojca. Dzięki niemu nie nosił ciężaru poczucia winy, gdyby rozstał się z nimi w kłótni i wrócił po roku do opuszczonej przez bóstwa i ludzi leśniczówki. Samo wyobrażenie tej sytuacji sprawiało, że Sam chciał przemienić się w krogulca i lecieć bez tchu ku zatraceniu do słońca.
Nie było to jednak coś, co nadawało się do mówienia w trakcie tych małych, nieważnych rozmówek mających najprawdopodobniej takie zastosowanie jak bezmyślne bzyczenie otaczających ich owadów, dlatego też Samuel zachował te myśli dla siebie.
Z pomocą przyszła mu szczera, przystojna twarz Erica – osadzała go w tu i teraz. Sam żuł wolniej i myślał, że Longbottomowie i ich goście przypominali stado jeleni. Nie potrzebował jakiegośtam napompowanego rankingu, by wiedzieć, że spośród wszystkich stojący przed nim byk jest najznamienitszy. Wyobrażenie sobie Erica jako centaura, z pięknym dumnym porożem, odsłoniętymi szerokimi barkami, i pełnym terytorializmu chwytem na długiej włóczni paradoksalnie osadzało skromnego chłoptasia w rzeczywistości.
Przełknął.
– Części nie dało się odratować, ale mam deski, zaraz je przytnę, wyhebluje i nie będzie widać różnicy. – powiedział cicho, wskazując ręką, na której był gorący wciąż talerz z połową zawartości. Nie wiedział co powiedzieć więcej, więc gdy się odwrócił, od razu spojrzał na psa i mimowolnie jego twarz rozluźniła się, jak zwykle kobietom twarz jaśniała na widok malutkich dzieci. Głowa mu zadrżała, gdy przechylił ją, mimikrą oddając psie zaciekawienie. A potem przykucnął, marszcząc nos kilkukrotnie, wciągając psi zapach mieszkańca domu, którego nie miał okazji wcześniej poznać. O ileż było to bardziej naturalne niż jakieś tam... rozmowy.