28.11.2022, 00:54 ✶
W szafie nie było ciała. Były za to wyjątkowo niestarannie powieszone dziecięce ubrania. Być może czegoś wśród nich brakowało, choć jeśli nawet to najwyżej jednego, dwóch kompletów; zerwanych pośpiesznie do jakiejś zaginionej torby. Może właśnie przez to pośpieszne przewertowanie, wszystko wyglądało aż tak nieukładnie, może Lyndon po prostu był wyjątkowo nieporządnym chłopcem albo też Brenda trafnie odgadła, że pewnego razu ukrył się w szafie przed czymś (lub kimś) złym, ale zło i tak go dopadło i wywlekło z szafy.
Atmosfera panująca w dziecięcym pokoju była jakby nieco inna. Lżejsza. Mniej niechętna. Nie tak przytłaczająca, jak w innych częściach domu. Jakby mocniej przesiąknięta kimś innym.
Już na schodach Brenna usłyszała jak Patrick szamotał się z klamką od sypialni. Wreszcie, po dźwiękach wskazujących na uderzanie w drzwi barkiem, te ustąpiły nadspodziewanie lekko. Mężczyzna prawie upadł wydostając się z powrotem na korytarz na dole. Był trochę bledszy a jego oczy pobłyskiwały zdenerwowaniem. Posłał brygadzistce zaskoczone spojrzenie, po którym nastąpił krótki, średnio szczęśliwy uśmiech. Zaczął rozmasowywać bolący bark.
- Drzwi się zacięły – poinformował ją uprzejmie. Dla niego, naprawdę, drzwi się tylko zacięły. Nie widział w tym nic niezwykłego. Ale też nie wziął ze sobą Brenny dlatego, żeby teraz wątpić w jej kompetencje. Zapatrzył się na stojącą przed nim kobietę, mimowolnie skupiając uwagę na otaczającej ją aurze. Zmarszczył ciemne brwi. – Mnie się wydaje całkiem przytulny – przyznał szczerze. – Ale Emily na pewno nigdzie nie wyjechała z synem. W szufladzie szafki nocnej znalazłem ich paszporty. W torebce wiszącej na toaletce resztę jej dokumentów. Garderoba też wydaje się w porządku. A w każdym razie nie wydaje mi się, żeby czegoś brakowało. To bardzo… no bardzo pedantyczna kobieta – opisał jak najdelikatniej potrafił posegregowane kolorami oraz schludnie ułożone majtki w komodzie i skarpetki. – Coś tutaj przykuło twoją uwagę?
Atmosfera panująca w dziecięcym pokoju była jakby nieco inna. Lżejsza. Mniej niechętna. Nie tak przytłaczająca, jak w innych częściach domu. Jakby mocniej przesiąknięta kimś innym.
Już na schodach Brenna usłyszała jak Patrick szamotał się z klamką od sypialni. Wreszcie, po dźwiękach wskazujących na uderzanie w drzwi barkiem, te ustąpiły nadspodziewanie lekko. Mężczyzna prawie upadł wydostając się z powrotem na korytarz na dole. Był trochę bledszy a jego oczy pobłyskiwały zdenerwowaniem. Posłał brygadzistce zaskoczone spojrzenie, po którym nastąpił krótki, średnio szczęśliwy uśmiech. Zaczął rozmasowywać bolący bark.
- Drzwi się zacięły – poinformował ją uprzejmie. Dla niego, naprawdę, drzwi się tylko zacięły. Nie widział w tym nic niezwykłego. Ale też nie wziął ze sobą Brenny dlatego, żeby teraz wątpić w jej kompetencje. Zapatrzył się na stojącą przed nim kobietę, mimowolnie skupiając uwagę na otaczającej ją aurze. Zmarszczył ciemne brwi. – Mnie się wydaje całkiem przytulny – przyznał szczerze. – Ale Emily na pewno nigdzie nie wyjechała z synem. W szufladzie szafki nocnej znalazłem ich paszporty. W torebce wiszącej na toaletce resztę jej dokumentów. Garderoba też wydaje się w porządku. A w każdym razie nie wydaje mi się, żeby czegoś brakowało. To bardzo… no bardzo pedantyczna kobieta – opisał jak najdelikatniej potrafił posegregowane kolorami oraz schludnie ułożone majtki w komodzie i skarpetki. – Coś tutaj przykuło twoją uwagę?