09.02.2024, 03:36 ✶
W jego oczach chodziło tu tylko o pieniądze. Gdyby wiedzę uznać za bogactwo, to i on byłby jednym z największych bogaczy tego świata, a w rzeczywistości żył jak najgorszy, parszywy kleszcz i nigdy się uczciwej pracy nie podjął. No dobrze, w cyrku robił teraz rzeczy uchodzące za normalne, ale cyrk przy okazji tworzenia pięknych występów był też bandą perfidnych złodziei i oszustów. Oj nie, uczciwość nie była ich mocną stroną. Pieniądze... też nie były. Ale typy takie jak on i tak zawsze znajdowały sposób na to, żeby skołować kilka galeonów na środki, bez których nie potrafił funkcjonować.
- Haaa, Bott ma jeszcze punkt za wzrost.
Znów ją zaczepiał... Chyba nie powinien. A to imię... Cholera, czasami naprawdę chciał mieć taki mózg jak Cain, ale później przypominał sobie, jak bardzo ten chłopaczyna cierpiał i jakoś szybko mu przechodziło. Może ona też nie pamiętała jakie imię sobie wtedy wymyślił? W fałszywych dokumentach miał Edward... No to będzie Eddy, pewnie się nie zorientuje.
- Zależy, kto mi ją robi. - Uniósł w górę brwi. Ona myślała o jego preferencjach, a on potrafił z nich łatwo zrezygnować, o ile pozwoliło mu to na wysługiwanie się innymi w sprawach kulinarnych. Bell był przypadkiem beznadziejnym. Tym, któremu nigdy przez calutkie życie nie udało się ugotować nic zjadliwego. I chociaż powinno napełniać go to głównie wstydem i żałością, dostrzegał w tym również dowcipność własnego charakteru. - Lubię słodkie rzeczy. Tak słodkie, że aż mdłe. Kawę piję z mlekiem i miodem. - Tak... wyglądał, jakby miał zaraz wyskrobać jej na blacie cyrklem jakiś smutny wiersz, ale jednocześnie poza byciem kimś wyjątkowo smutnym, był też kimś wyjątkowo ekscentrycznym. Artysta - ta pierwsza myśl, kiedy zgadywała jego zawód, to wcale nie był taki zły traf. Zwłaszcza kiedy się na niego spojrzało, jak siedział w tym różowym foteliku - z nogą założoną na nogę, z lekko podwiniętą koszulką odsłaniającą wyrzeźbiony brzuch, z obcisłymi spodniami napiętymi jeszcze bardziej od takiej pozycji, z kaskadą kruczoczarnych loków opadających mu na twarz w pozornym nieładzie. Artysta albo gej. Albo oba. Tylko to drugie cisnęło się na myśl nieco mniej, bo zanim usiadł przy tym stoliku i wyglądał jak czarna plama różowej sukience, stanął przy pannie Wilson i zaczął zagadywać ją o to pieczywko, podszczypując ją komplementami tak, jak robił to wczoraj z Figg. Jeżeli był gejem, to jego hobby musiałoby być robienie z dziewczyn idiotek.
Wnętrze ocenił na w miarę ładne... Nie wyzywało wyglądem... Ale to dlatego, że nie miał pojęcia o oczojebnie różowym kolorze będącym znakiem rozpoznawczym tejże witryny. W jego percepcji była jasnoszara.
- Otworzyłaś kawiarnię niedawno, prawda?
- Haaa, Bott ma jeszcze punkt za wzrost.
Znów ją zaczepiał... Chyba nie powinien. A to imię... Cholera, czasami naprawdę chciał mieć taki mózg jak Cain, ale później przypominał sobie, jak bardzo ten chłopaczyna cierpiał i jakoś szybko mu przechodziło. Może ona też nie pamiętała jakie imię sobie wtedy wymyślił? W fałszywych dokumentach miał Edward... No to będzie Eddy, pewnie się nie zorientuje.
- Zależy, kto mi ją robi. - Uniósł w górę brwi. Ona myślała o jego preferencjach, a on potrafił z nich łatwo zrezygnować, o ile pozwoliło mu to na wysługiwanie się innymi w sprawach kulinarnych. Bell był przypadkiem beznadziejnym. Tym, któremu nigdy przez calutkie życie nie udało się ugotować nic zjadliwego. I chociaż powinno napełniać go to głównie wstydem i żałością, dostrzegał w tym również dowcipność własnego charakteru. - Lubię słodkie rzeczy. Tak słodkie, że aż mdłe. Kawę piję z mlekiem i miodem. - Tak... wyglądał, jakby miał zaraz wyskrobać jej na blacie cyrklem jakiś smutny wiersz, ale jednocześnie poza byciem kimś wyjątkowo smutnym, był też kimś wyjątkowo ekscentrycznym. Artysta - ta pierwsza myśl, kiedy zgadywała jego zawód, to wcale nie był taki zły traf. Zwłaszcza kiedy się na niego spojrzało, jak siedział w tym różowym foteliku - z nogą założoną na nogę, z lekko podwiniętą koszulką odsłaniającą wyrzeźbiony brzuch, z obcisłymi spodniami napiętymi jeszcze bardziej od takiej pozycji, z kaskadą kruczoczarnych loków opadających mu na twarz w pozornym nieładzie. Artysta albo gej. Albo oba. Tylko to drugie cisnęło się na myśl nieco mniej, bo zanim usiadł przy tym stoliku i wyglądał jak czarna plama różowej sukience, stanął przy pannie Wilson i zaczął zagadywać ją o to pieczywko, podszczypując ją komplementami tak, jak robił to wczoraj z Figg. Jeżeli był gejem, to jego hobby musiałoby być robienie z dziewczyn idiotek.
Wnętrze ocenił na w miarę ładne... Nie wyzywało wyglądem... Ale to dlatego, że nie miał pojęcia o oczojebnie różowym kolorze będącym znakiem rozpoznawczym tejże witryny. W jego percepcji była jasnoszara.
- Otworzyłaś kawiarnię niedawno, prawda?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.