28.11.2022, 01:59 ✶
Brwi Patricka wędrowały wysoko do góry, zaskoczone podwójną dawką informacji, której właśnie uświadczał. Po pierwsze, dowiedział się nagle, że stojąca obok nich Seraphina również brała udział w tej całej absurdalnej licytacji a po drugie, bo najwyraźniej zamierzała grać do końca.
Posłał Mavelle osobliwe spojrzenie, jakby to ona potrafiła mu wyjaśnić, czemu Erik był aż tak cennym kompanem do zjedzenia wspólnej kolacji. Wsłuchując się w dźwięki podbijanej stawki coraz bardziej docierało do niego jak bardzo nie pasował do tego miejsca. I nie chodziło tylko o wydawanie lekką ręką wielkich sum, ale też o cała towarzyszącą temu otoczkę. Bogaci czarodzieje, zawezwani przez rodzeństwo Longbottomów na licytację, wykorzystywali ją jako okazję do zaprezentowania światu własnego bogactwa. Chełpili się nim, podbijali stawki, mienili się w swoich pięknych i drogich kreacjach, wydawaniem jeszcze bardziej podkreślając to, ile mieli.
Na swój sposób do Patricka dotarło, że być może wcale nie chodziło o Erika. Chodziło o element zaskoczenia, gdy pojęli, że własna siostra wystawiła kolację z nim, a potem zaczęli licytować, traktując tę sytuację, jak okazję do doskonałej zabawy.
On taki nie był.
Nie chodziło o to, że miałby się nagle okazać lepszy od nich – bo taki nie był. Chodziło o to, że nie potrafił podchodzić w ten sposób do tematu co oni. O ile cieszyła go myśl o wspieraniu sierot; o tyle wolał wpłacić datek poza licytacją, nie obchodziło go czy jego gest zobaczą inni. Ba, wolał, jeśli go nie widzieli.
- Po takich emocjach, przewietrzenie się to najlepsze co możemy zrobić – zgodził się, próbując obrócić całą sprawę w jakiś rodzaj żartu.
Jeśli Seraphina zgodziła się wyjść z nimi, podał jej drugie wolne ramię i we trójkę oddalili się na taras. Tam stał plecami odwrócony do sali bankietowej, wsłuchując się w śpiew Fae i popijając swój alkohol. Odwrócił się dopiero, gdy dźwięki umilkły. Nie widział bobra, nie widział nieudanego zaklęcia Alastora, nie dostrzegł wreszcie i samej Nory.
- Coś tam się chyba stało - zauważył mało elokwentnie, ale nie ruszył się ze swojego miejsca.
Posłał Mavelle osobliwe spojrzenie, jakby to ona potrafiła mu wyjaśnić, czemu Erik był aż tak cennym kompanem do zjedzenia wspólnej kolacji. Wsłuchując się w dźwięki podbijanej stawki coraz bardziej docierało do niego jak bardzo nie pasował do tego miejsca. I nie chodziło tylko o wydawanie lekką ręką wielkich sum, ale też o cała towarzyszącą temu otoczkę. Bogaci czarodzieje, zawezwani przez rodzeństwo Longbottomów na licytację, wykorzystywali ją jako okazję do zaprezentowania światu własnego bogactwa. Chełpili się nim, podbijali stawki, mienili się w swoich pięknych i drogich kreacjach, wydawaniem jeszcze bardziej podkreślając to, ile mieli.
Na swój sposób do Patricka dotarło, że być może wcale nie chodziło o Erika. Chodziło o element zaskoczenia, gdy pojęli, że własna siostra wystawiła kolację z nim, a potem zaczęli licytować, traktując tę sytuację, jak okazję do doskonałej zabawy.
On taki nie był.
Nie chodziło o to, że miałby się nagle okazać lepszy od nich – bo taki nie był. Chodziło o to, że nie potrafił podchodzić w ten sposób do tematu co oni. O ile cieszyła go myśl o wspieraniu sierot; o tyle wolał wpłacić datek poza licytacją, nie obchodziło go czy jego gest zobaczą inni. Ba, wolał, jeśli go nie widzieli.
- Po takich emocjach, przewietrzenie się to najlepsze co możemy zrobić – zgodził się, próbując obrócić całą sprawę w jakiś rodzaj żartu.
Jeśli Seraphina zgodziła się wyjść z nimi, podał jej drugie wolne ramię i we trójkę oddalili się na taras. Tam stał plecami odwrócony do sali bankietowej, wsłuchując się w śpiew Fae i popijając swój alkohol. Odwrócił się dopiero, gdy dźwięki umilkły. Nie widział bobra, nie widział nieudanego zaklęcia Alastora, nie dostrzegł wreszcie i samej Nory.
- Coś tam się chyba stało - zauważył mało elokwentnie, ale nie ruszył się ze swojego miejsca.