Uśmiechnął cię szerzej na słowa Erika, bo chociaż nie wątpił w to, że świat ucierpiałby na stracie kogoś takiego jak on (i nie musiał go przy tym znać, wystarczyło, że był bratem Brenny i ona by cierpiała, że cierpieliby jego bliscy i rodzina) to zostało to powiedziane w takim lekkim i wesołym tonie, że nie potrafił poczuć przyjemnego ciepła, które rozświetlało wnętrze. Te światło aż chciało się przekazać dalej, pozwolić mu wydostać się na zewnątrz i wykorzystać je do czegoś dobrego. Forma, w jakiej mężczyzna powiedział te słowa mogła być uznana za bardzo wysokie mniemanie o sobie (co brzmiałoby negatywnie), za żart, albo za znajomość własnej wartości. Pewnie znalazłoby się jeszcze kilka punktów i chociaż Laurent chętnie by to przeanalizował w odniesieniu do tego, co widział i słyszał do tej pory, to w tym momencie jego głowa była na to za ciężka, a on sam za bardzo zmęczony, żeby układać puzzle, jakimi był Erik Longbottom. Na pewno jednak odtrącił negatyw. Może to tylko ślepy strzał, ale jakoś nie czuł w tych słowach przerostu ego. Chciałby wręcz samemu móc wypowiedzieć takie słowa bez konieczności odgrywania aktu doskonałego życia, z tą naturalną pewnością siebie. To nie była zazdrość, to była mała szczypta podziwu i uznania dla tego, co sobą zaprezentował ten człowiek.
Ciekaw był, co Erik zobaczył na tym okręcie, ale jakoś wolał nie ciągnąć tematu po tym wzruszeniu ramion, dlatego pozostał przy obserwacji. To były urodziny, nawet nie wypadało mówić o śmierci i trudnych przeżyciach, o duszach szarpiących się i zakotwiczonych na okręcie. Lepiej było się zakotwiczyć w czymś przyjemniejszym, albo po prostu bardziej neutralnym. W zasadzie nie był też pewien czy dobrze zrobił zadając takie pytanie, dość filozoficzne, odwołujące się do ludzkiej natury, która była zdradliwa. Bardzo zdradliwa. Dlatego po człowieku rzadko kiedy można było się spodziewać, co zrobi. Szczególnie, kiedy był obcy. Szczególnie, kiedy świat się walił i groziło ci utonięcie. Zamiast tego więc przyszło zdanie, na które Laurent cicho prychnął z rozbawieniem i aż przysłonił usta dłonią, odsuwając na moment od siebie drinka.
- To prawda. - Skinął głową. Był skłonny pociągnąć temat. Rozważania nad ludzką naturą, nawet jeśli dość proste, zawsze dostawały od niego znaczek na "tak". Obojętnie, czy zdanie rozmówcy się pokrywało z jego, czy też nie. Myślał, że Brenna wędruje ku nim, żeby do nich dołączyć, żeby porozmawiać o czymś, ale jednak nie. Z jakiegoś powodu pomyślał, czy Brenna i Avelina nie pakują się w jakieś kłopoty. Na moment się spiął, kiedy kobieta poszła w stronę drzwi po szepnięciu czegoś na ucho Erika - to dopiero brzmiało jak "idę coś narozrabiać" i sam spojrzał w stronę Aveliny. Coś się działo? Coś się stało? Avelina wyglądała, jakby czuła się w miarę dobrze, ale z drugiej strony ona też była na statku. Może to zbytnie przewrażliwienie i kobiety po prostu chciały odpocząć? Ostatnio spotykał Brennę tylko w czasie kłopotów. Łatwo było stać się nadwrażliwym.
- Oj tak. - Stuknął się z Erikiem i umoczył usta w drinku. - Ostatnio spotykam Brennę tylko w kłopotach. Łatwo sobie wyobrazić, że idzie właśnie z Aveliną szukać kolejnych. - Tak pół żartem, pół serio. - Wszystko w porządku? - Zapytał, kiedy Erik dotknął rozpalonego policzka. Może gorzej się poczuł, a może za dużo wypił. A może przypominały mu się jakieś amory, kiedy spoglądał na pewnego Malfoya? Nawet jeśli Laurent o tym nie pomyślał i nawet nie wpadł na coś takiego.