09.02.2024, 16:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2024, 14:47 przez Samuel McGonagall.)
– Oj – wyrwało mu się, gdy zalała go potokiem pytań, a potem jakby nabrał wody w usta, wyglądając po trosze, jakby gdzieś pomiędzy gałęziami pojawiła się magicznie ropucha, która równie magicznie wskoczyła mu do twarzy i teraz on z niewiadomych przyczyn ani nie chce jej wypuścić, ani też przełknąć, by wyjść z tego dziwnego stanu przejściowego.
Może to jednak coś z czym nie powinien zdradzać się przed obcymi?
Sam zwątpił. Pamiętał bardzo, bardzo wyraźne i jednoznaczne zakazy dotyczące sztuki entropii. Ale ptak? Mama zamieniała się w ptaka i nikomu nic do tego.
– Dzięki. – odburknął, gdy cisza nabrzmiała zbyt bardzo, bo w końcu gdzieś tam przed pytaniem o ministerstwo i bycie poszukiwanym znajdował się przecież też komplement. – Wszystko jest na tip top, żadnego emmm... uciekiniestwa? – nie był pewien czy tak się właśnie o tym mówił. Nie miał zbytnio na czym zbudować swojego słownika, skoro leksykony którymi się posługiwali dotyczyły nie uczuć a drzew, ziół i zwierząt.
– Edukacja domowa? – podsunął, zsuwając się już bardziej finezyjnie z gałęzi na kolejną gałąź a potem hop hop i na ziemię. Mimo patykowatej urody był sprawny jak wiewiórka, jeśli chodzi o sprawy drzewne. Jeśli bowiem Brenna wyznaczała początek skali zdziczenia w Dolinie Godryka, w Kniei słyszała jak sam stuka w podłoże od spodu.
– Może słyszałaś? Baba z lasu? Piekarka dzieci? To moja mama. – wyjaśnił posługując się określeniami, które słyszał w swoim kierunku gdy zbliżał się do miasteczka. "Jedz wyncej, coby cie w końcu zeżorła!". Może rzeczywiście nie powinien tak nonszalancko paradować od ptaka do chłopaka.
Może to jednak coś z czym nie powinien zdradzać się przed obcymi?
Sam zwątpił. Pamiętał bardzo, bardzo wyraźne i jednoznaczne zakazy dotyczące sztuki entropii. Ale ptak? Mama zamieniała się w ptaka i nikomu nic do tego.
– Dzięki. – odburknął, gdy cisza nabrzmiała zbyt bardzo, bo w końcu gdzieś tam przed pytaniem o ministerstwo i bycie poszukiwanym znajdował się przecież też komplement. – Wszystko jest na tip top, żadnego emmm... uciekiniestwa? – nie był pewien czy tak się właśnie o tym mówił. Nie miał zbytnio na czym zbudować swojego słownika, skoro leksykony którymi się posługiwali dotyczyły nie uczuć a drzew, ziół i zwierząt.
– Edukacja domowa? – podsunął, zsuwając się już bardziej finezyjnie z gałęzi na kolejną gałąź a potem hop hop i na ziemię. Mimo patykowatej urody był sprawny jak wiewiórka, jeśli chodzi o sprawy drzewne. Jeśli bowiem Brenna wyznaczała początek skali zdziczenia w Dolinie Godryka, w Kniei słyszała jak sam stuka w podłoże od spodu.
– Może słyszałaś? Baba z lasu? Piekarka dzieci? To moja mama. – wyjaśnił posługując się określeniami, które słyszał w swoim kierunku gdy zbliżał się do miasteczka. "Jedz wyncej, coby cie w końcu zeżorła!". Może rzeczywiście nie powinien tak nonszalancko paradować od ptaka do chłopaka.