09.02.2024, 21:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2024, 14:51 przez Samuel McGonagall.)
Och gdyby tylko Samuel wiedział, że Pączek nie musiał przemierzać setek kilometrów by do niego dotrzeć! Gdyby tylko wiedział, że szczwana Lizzy z sobie tylko znanych powodów zapomniała mu powiedzieć o pewnym gościu z Londynu, który akurat tego wieczora, w przeciwieństwie do leśnika, miał bardzo, ale to bardzo alkoholowy wieczór. Gdyby wiedział...
Tymczasem Sam pochylił się do sówki i delikatnie oparł czoło o czółko stworzenia.
– Wrócisz do niej i będziemy udawać, że nigdy mnie nie znalazłaś. Tak... tak będzie dla wszystkich lepiej.– szepnął cichutko zaklinacz zwierząt, wierząc święcie, że ptaszek dochowa tajemnicy. Pieczołowicie zawiązał wiadomość u nogi, bez trudu odtwarzając znajomy do bólu węzełek. Następnie podniósł się ujmując łagodnie posłańca w dłonie, by wysłać go ponownie w mrok nocy.
Przechodząc obok nieznajomego, mimowolnie zajrzał mu przez ramię i na jego twarzy, która należała w pełni absolutnie do ojca Alistara, ukazała się wysoko uniesiona brew dezaprobaty jego matki. Nie myśląc wcale o tym co wypada a co nie (wszak totalnie się na tym nie znał) wyciągnął różdżkę i wymamrotał zaklęcie transmutacji, którą przez wzgląd na krew ale i żelazne szkolenie od najmłodszych lat opanował do perfekcji. Wiedział, jak wygląda Equisetum arvense, okółki na szkicu były zbyt oddalone, nie zgadzała się grubość pędu i kłos na pędzie zarodnionośnym był niedokładny... Te błędy nie mogły pozostać bez echa.
Jeśli zaklęcie zadziałało, notatnik rychło zapuścił w stół swoje korzenie, wydłużył się w kłącza i wypuścił wcale nie tak wąskie pędy obrośnięte toksyczną dla zwierząt zielenią.
Sam ćwierknął zębami i poszedł dalej na zaplecze, wyminął milczącą, acz Patrzącą Wymownie™ Lizzy i wypuścił Pączka przez okno.
na transmutacje:
Tymczasem Sam pochylił się do sówki i delikatnie oparł czoło o czółko stworzenia.
– Wrócisz do niej i będziemy udawać, że nigdy mnie nie znalazłaś. Tak... tak będzie dla wszystkich lepiej.– szepnął cichutko zaklinacz zwierząt, wierząc święcie, że ptaszek dochowa tajemnicy. Pieczołowicie zawiązał wiadomość u nogi, bez trudu odtwarzając znajomy do bólu węzełek. Następnie podniósł się ujmując łagodnie posłańca w dłonie, by wysłać go ponownie w mrok nocy.
Przechodząc obok nieznajomego, mimowolnie zajrzał mu przez ramię i na jego twarzy, która należała w pełni absolutnie do ojca Alistara, ukazała się wysoko uniesiona brew dezaprobaty jego matki. Nie myśląc wcale o tym co wypada a co nie (wszak totalnie się na tym nie znał) wyciągnął różdżkę i wymamrotał zaklęcie transmutacji, którą przez wzgląd na krew ale i żelazne szkolenie od najmłodszych lat opanował do perfekcji. Wiedział, jak wygląda Equisetum arvense, okółki na szkicu były zbyt oddalone, nie zgadzała się grubość pędu i kłos na pędzie zarodnionośnym był niedokładny... Te błędy nie mogły pozostać bez echa.
Jeśli zaklęcie zadziałało, notatnik rychło zapuścił w stół swoje korzenie, wydłużył się w kłącza i wypuścił wcale nie tak wąskie pędy obrośnięte toksyczną dla zwierząt zielenią.
Sam ćwierknął zębami i poszedł dalej na zaplecze, wyminął milczącą, acz Patrzącą Wymownie™ Lizzy i wypuścił Pączka przez okno.
na transmutacje:
Rzut Z 1d100 - 70
Sukces!
Sukces!