09.02.2024, 23:39 ✶
Ogień puścił życie w niepamięć, a woda je odebrała.
Co będzie następne? Tornado przejdzie przez to, co zostanie zbudowane? Ziemia się rozstąpi i pochłonie kolejny azyl? Zapewne takie by mogła prowadzić rozważania, gdyby nie skupiała się tak naprawdę na czymś innym. Nie, nie można powiedzieć, żeby w tym życiu nawiązała mocniejszą relację. Nie wiedziała do końca, czego się może spodziewać. Niby się wydawało, że był tym, kim zawsze był, ale... w ciele Carrow nie miała dostępu aż tak daleko, żeby wiedzieć, jak bardzo się zmienił. Wcale? W sposób przekraczający wszelkie możliwe scenariusze, jakie sobie wyobrażała?
Wiedziała jedno.
I może to było bardzo egoistyczne - znów! Jakby niczego się nie nauczyła! - ale nie potrafiła tak po prostu zniknąć, niemalże rozpłynąć się w powietrzu, bez spojrzenia po raz ostatni raz na ukochanego. Bez podjęcia próby wyjaśnienia, że w grobie leży tylko jej ciało, a dusza bynajmniej nie hasa po zielonych łąkach limbo, tylko kroczy jednak wśród ludzi. Może nie powinna była się wtrącać. Może jednak minęło tyle czasu, że mógł przecież jakoś zacząć sobie układać życie w świecie bez niej; w świecie, w którym nie istniała blondwłosa aurowidzka, z którą zaplanował przecież cała przyszłość, co do joty. Imiona. Kolory. I inne szczegóły...
Czy z jeszcze wciąż gorących popiołów powstanie coś nowego czy jednak rozwieje je wiatr...?
Szukała.
Najprościej by było zapewne udać się wprost do domu Bletchleyów, skoro już zdążyła dokonać odkrycia, że dobrze znaną kawalerkę zamieszkuje ktoś zgoła inny. Ale... magiczne dzielnice Londynu nie były już bezpieczne, to raz. Dwa... wystawiałaby na niebezpieczeństwo bliskich Patricka, a tego nie chciała. I Steward z pewnością też nie. A do Ministerstwa
Więc szukała. Kojarzyła miejsca, w których zdarzało mu się bywać wieczorami. Czy trafi? Czy to jest właściwy wieczór? Bo przecież wcale nie musiał wyjść w miasto, zanurzyć się w mugolskie uliczki, wstąpić do pubu...
... ale była zdeterminowana go znaleźć. Czy kosztem własnego bezpieczeństwa?
To się miało okazać.
Los zdawał się do niej uśmiechnąć; podjęte wybory ostatecznie doprowadziły ją na ślad Patricka. Ale nie zdecydowała się go zaczepić tuż przy pubie – za dużo ludzi. Może to i niemagiczny Londyn, może czarodziejów było tu jak na lekarstwo, ale czy mogła ryzykować…? Nawet jeśli nadal nie zmyła z facjaty makijażu, nawet jeśli nadal miała przyciemnione włosy, co mogło w jakimś stopniu utrudnić rozpoznanie…
… było w tym coś przewrotnego, że Steward skierował się do tego samego parku, w którym go widziała przed paroma miesiącami. W miejscu, które nie istniało. Dziwna wizja, która zdawała się wyryć na zawsze w pamięci.
Czy historia zatoczy swoisty krąg…?
- Patrick! – dobiegło jego uszu, gdy już znalazł (a właściwie: znaleźli) się w parku – Poczekaj! – padło zaraz, może ciut zadyszane. Cóż, teleportowanie się mogło nie być najlepszym pomysłem pod słońcem, a jakoś musiała go dogonić.
Może i był przyjemny czerwcowy wieczór, ale nie wyglądało, jakby kobieta w jakikolwiek sposób korzystała z jego walorów. Raczej wydawała się być… zaniepokojona?
- Musimy porozmawiać – wydusiła z siebie dość cicho, zatrzymując się przed mężczyzną; o ile jej nie zignorował.
Co będzie następne? Tornado przejdzie przez to, co zostanie zbudowane? Ziemia się rozstąpi i pochłonie kolejny azyl? Zapewne takie by mogła prowadzić rozważania, gdyby nie skupiała się tak naprawdę na czymś innym. Nie, nie można powiedzieć, żeby w tym życiu nawiązała mocniejszą relację. Nie wiedziała do końca, czego się może spodziewać. Niby się wydawało, że był tym, kim zawsze był, ale... w ciele Carrow nie miała dostępu aż tak daleko, żeby wiedzieć, jak bardzo się zmienił. Wcale? W sposób przekraczający wszelkie możliwe scenariusze, jakie sobie wyobrażała?
Wiedziała jedno.
I może to było bardzo egoistyczne - znów! Jakby niczego się nie nauczyła! - ale nie potrafiła tak po prostu zniknąć, niemalże rozpłynąć się w powietrzu, bez spojrzenia po raz ostatni raz na ukochanego. Bez podjęcia próby wyjaśnienia, że w grobie leży tylko jej ciało, a dusza bynajmniej nie hasa po zielonych łąkach limbo, tylko kroczy jednak wśród ludzi. Może nie powinna była się wtrącać. Może jednak minęło tyle czasu, że mógł przecież jakoś zacząć sobie układać życie w świecie bez niej; w świecie, w którym nie istniała blondwłosa aurowidzka, z którą zaplanował przecież cała przyszłość, co do joty. Imiona. Kolory. I inne szczegóły...
Czy z jeszcze wciąż gorących popiołów powstanie coś nowego czy jednak rozwieje je wiatr...?
Szukała.
Najprościej by było zapewne udać się wprost do domu Bletchleyów, skoro już zdążyła dokonać odkrycia, że dobrze znaną kawalerkę zamieszkuje ktoś zgoła inny. Ale... magiczne dzielnice Londynu nie były już bezpieczne, to raz. Dwa... wystawiałaby na niebezpieczeństwo bliskich Patricka, a tego nie chciała. I Steward z pewnością też nie. A do Ministerstwa
Więc szukała. Kojarzyła miejsca, w których zdarzało mu się bywać wieczorami. Czy trafi? Czy to jest właściwy wieczór? Bo przecież wcale nie musiał wyjść w miasto, zanurzyć się w mugolskie uliczki, wstąpić do pubu...
... ale była zdeterminowana go znaleźć. Czy kosztem własnego bezpieczeństwa?
To się miało okazać.
Los zdawał się do niej uśmiechnąć; podjęte wybory ostatecznie doprowadziły ją na ślad Patricka. Ale nie zdecydowała się go zaczepić tuż przy pubie – za dużo ludzi. Może to i niemagiczny Londyn, może czarodziejów było tu jak na lekarstwo, ale czy mogła ryzykować…? Nawet jeśli nadal nie zmyła z facjaty makijażu, nawet jeśli nadal miała przyciemnione włosy, co mogło w jakimś stopniu utrudnić rozpoznanie…
… było w tym coś przewrotnego, że Steward skierował się do tego samego parku, w którym go widziała przed paroma miesiącami. W miejscu, które nie istniało. Dziwna wizja, która zdawała się wyryć na zawsze w pamięci.
Czy historia zatoczy swoisty krąg…?
- Patrick! – dobiegło jego uszu, gdy już znalazł (a właściwie: znaleźli) się w parku – Poczekaj! – padło zaraz, może ciut zadyszane. Cóż, teleportowanie się mogło nie być najlepszym pomysłem pod słońcem, a jakoś musiała go dogonić.
Może i był przyjemny czerwcowy wieczór, ale nie wyglądało, jakby kobieta w jakikolwiek sposób korzystała z jego walorów. Raczej wydawała się być… zaniepokojona?
- Musimy porozmawiać – wydusiła z siebie dość cicho, zatrzymując się przed mężczyzną; o ile jej nie zignorował.