Przez ułamek sekundy widać było, jak toczy w sobie jakąś wewnętrzną walkę. Bo część Flynna mówiła - no nie rób tego, nie idź w tym kierunku, nie w tę stronę, ale ta druga część czuła się przy niej po prostu dobrze, więc i same głupoty mu do łba przychodziły, a głupoty... oh głupoty to on potrafił pleść jak nikt inny i wtedy do jego najbliższych docierało, dlaczego tak często w swoim życiu wybierał milczenie - to co się działo tam pod kopułą, to nie było coś, co wypadało pokazać zdrowym na umyśle ludziom.
- Nie ma w tobie woli walki? W bezpośrednim starciu mogłabyś ugryźć go w łydkę. Nie wiem, co musiałby zrobić, żeby to przebić. - Obserwował tę jej twarz, czy naprawdę nic na niej nie drgnie, cień rozbawienia lub zażenowania, cokolwiek co wybije ją z wytrenowanej reakcji. Naprawdę lubił ludzi prowokować, ale podżegacz to był już zawód wymarły... przynajmniej do czasu następnych wyborów.
- Swoich preferencji kurczowo trzymam się gdzieś indziej. - Naprawdę wysilił się, żeby nie spojrzeć przy tym na tę Wendy, którą zaczął urabiać chwilę wcześniej. Mistrzem pokerowej twarzy nie był, ale dobrze analizował świat i dostrzegał w nim szanse.
- Dzięki - powiedział, kiedy został obdarowany... o matko, on miał to wszystko zjeść? To znaczy - mógł, oczywiście, że mógł, ale wszystko w jego ciele krzyczało, że to się bardzo źle skończy, kiedy będzie wisiał w górze na szarfie i będzie musiał wykonać ten trik, po którym zatrzymywał się, wisząc do góry nogami. Ta myśl powinna go ocucić, ale był też cholernie łakomy. - Prowadzisz kawiarnię w najdroższej dzielnicy Londynu i martwisz się, że coś nie będzie mi smakować? Sprawiam wrażenie snoba? - Raczej nie musiał tłumaczyć, że wizerunkiem celował w życie ulicy, a nie haute couture. Na przyjęciach z degustacją wina zawsze przykładał kieliszek do ucha i nasłuchiwał, żeby zbić z tropu wszystkich zebranych wokół smakoszy, którzy udawali, że to naprawdę miało znaczenie, ile czasu trzymałeś tę butelkę w jakiejś beczce w piwnicy starego, francuskiego dziada. - Od dawna nikomu tak nie zależało na mojej opinii... - I to już był flirt. Kurwa, wytrzymał jeden dzień. - Nie odpowiedziałaś mi na pytanie... - Może powinien podać powód? - Większość życia mieszkałem w Londynie, ale kompletnie nie pamiętam tego miejsca. - A jak Nora Nory była tu wcześniej, to ups... haha. Może zrezygnuje z wycieczki, nikt kogo chciał tam zabrać, by nie narzekał.
Jego wyborem była czekolada - wybrał tarteletkę, którą wsadził sobie do gęby w całości i zaczął ją przeżuwać, oczekując odpowiedzi na to, co z siebie wydusił. Powinna się spieszyć i korzystać, bo jego baterie socjalne wyczerpywały się dosyć szybko, nawet kiedy rozmawiał z kimś w cztery oczy, no ale ona tego przecież nie wiedziała.
- Nie ma w tobie woli walki? W bezpośrednim starciu mogłabyś ugryźć go w łydkę. Nie wiem, co musiałby zrobić, żeby to przebić. - Obserwował tę jej twarz, czy naprawdę nic na niej nie drgnie, cień rozbawienia lub zażenowania, cokolwiek co wybije ją z wytrenowanej reakcji. Naprawdę lubił ludzi prowokować, ale podżegacz to był już zawód wymarły... przynajmniej do czasu następnych wyborów.
- Swoich preferencji kurczowo trzymam się gdzieś indziej. - Naprawdę wysilił się, żeby nie spojrzeć przy tym na tę Wendy, którą zaczął urabiać chwilę wcześniej. Mistrzem pokerowej twarzy nie był, ale dobrze analizował świat i dostrzegał w nim szanse.
- Dzięki - powiedział, kiedy został obdarowany... o matko, on miał to wszystko zjeść? To znaczy - mógł, oczywiście, że mógł, ale wszystko w jego ciele krzyczało, że to się bardzo źle skończy, kiedy będzie wisiał w górze na szarfie i będzie musiał wykonać ten trik, po którym zatrzymywał się, wisząc do góry nogami. Ta myśl powinna go ocucić, ale był też cholernie łakomy. - Prowadzisz kawiarnię w najdroższej dzielnicy Londynu i martwisz się, że coś nie będzie mi smakować? Sprawiam wrażenie snoba? - Raczej nie musiał tłumaczyć, że wizerunkiem celował w życie ulicy, a nie haute couture. Na przyjęciach z degustacją wina zawsze przykładał kieliszek do ucha i nasłuchiwał, żeby zbić z tropu wszystkich zebranych wokół smakoszy, którzy udawali, że to naprawdę miało znaczenie, ile czasu trzymałeś tę butelkę w jakiejś beczce w piwnicy starego, francuskiego dziada. - Od dawna nikomu tak nie zależało na mojej opinii... - I to już był flirt. Kurwa, wytrzymał jeden dzień. - Nie odpowiedziałaś mi na pytanie... - Może powinien podać powód? - Większość życia mieszkałem w Londynie, ale kompletnie nie pamiętam tego miejsca. - A jak Nora Nory była tu wcześniej, to ups... haha. Może zrezygnuje z wycieczki, nikt kogo chciał tam zabrać, by nie narzekał.
Jego wyborem była czekolada - wybrał tarteletkę, którą wsadził sobie do gęby w całości i zaczął ją przeżuwać, oczekując odpowiedzi na to, co z siebie wydusił. Powinna się spieszyć i korzystać, bo jego baterie socjalne wyczerpywały się dosyć szybko, nawet kiedy rozmawiał z kimś w cztery oczy, no ale ona tego przecież nie wiedziała.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.