Ile czasu potrzeba, żeby poznać człowieka w pełni? A ile, by pokochać? Niektórzy uczą się przez całe życie, a wciąż są zaskoczeni. Nie da się od razu wszystkiego dostrzec. Szczególnie kiedy rozmarzony wzrok wygładza wszystkie ostre krawędzie, nie dostrzegając, jak łatwo mogą rozciąć delikatną skórę. Czas odkrywa je kawałeczek po kawałeczku, żebyś zadecydował, czy są aż tak ostre, czy tylko tak wyglądają. Bo zakochanie jest złudne, a miłość skomplikowana. Tyle że Kayden wcale tu o wielkiej miłości nie myśli, ani tej szekspirowskiej... Gdyby wyznał komuś, jak jest przez niego postrzegana, jego słowa można by przełknąć wraz z łykiem whisky i wzruszyć ramionami. To miało być niepoważne. Chwilowe, choć chwila ta powracała, przyjemna i rozgrzewająca, a jednak nie pokrywała się wcale z tym, o co podejrzewał go wcześniej blondyn i o co podejrzewał sam siebie na samym początku tej pokręconej znajomości. Gdyby chciał go zaciągnąć do łóżka, już dawno by do tego dążył. A więc...? A więc sam nie rozumiał, co nim kierowało, skoro ani chęć kochania, ani głód... nie miał pojęcia, jakie słowo mógłby podpiąć pod przedłużającą się listę przemyśleń, której miał już dość. Był zmęczony rozmyślaniem nad tym, co zrobić i co powiedzieć, żeby było dobrze. A już szczególnie tym, co go do Laurenta tak naprawdę ciągnęło.
Jednak to nie zmęczenie wygrało ostateczną walkę. - Mogłem się domyślić. - Powiedział cicho. Mógł, bo przecież Laurent już kilka razy pokazał mu, że był osobą o dobrym sercu. Ale nawet ludzie o dobrym sercu mają swoje kaprysy... - Ale zawsze istniał ten cień prawdopodobieństwa, że jednak tak. - ...a może właśnie patrzył przez brudny pryzmat siebie samego? Niesłusznie. Zauroczenie pryskało, kiedy na wierzch wychodziły prawdziwe kolory, a on doskonale o tym wiedział. Kayden westchnął, siadając obok niego ze szklanką w dłoniach i pochylając się lekko do przodu. - Oczywiście, że możesz. To moja wina, bo niesłusznie założyłem coś, co nawet nie powinienem zakładać. Zapewne, gdybym cię po prostu zapytał, otrzymałbym odpowiedź, niezależnie jaka by nie była... Wybacz, widocznie... nie radzę sobie z uczuciami, których nie rozumiem. - Mówił to wszystko spokojnie, jakby czytał właśnie z kartki scenariusz, który wydrukował mu się naprędce w głowie i wcisnął w usta ze słowami "Masz, czytaj bucu!" - Szczególnie jeśli chodzi o ciebie... - Kayden nie był typem osoby, która obwinia się tak, jak robił to Laurent. Widział, że zrobił błąd... i chciał go naprawić. Bardzo chciał. Bardziej, niż byłby w stanie to przyznać. - I nie wiem, o jakiej scenie mówisz. - Powiedział, biorąc łyka alkoholu. Nie było to powiedziane z ignorancją, czy też tak, jakby chciał wymazać to z pamięci. Ton miał łagodny, proponując swego rodzaju ugodę. Miał wyraźnie w głowie Laurenta ze łzami w oczach i jego słowa dobrze zapamiętane, tak jak niemalże każde, które do niego powiedział, czy napisał. Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. Stało się, co się stać miało... pytanie, co teraz?
Kayden zwrócił swoje szare oczy w stronę blondyna, chcąc poruszyć inną kwestię, która uczepiła się go ze słowami "na później", zamknięta, jak puszka pandory, którą nie chciał teraz otwierać, a jednocześnie musiał... bo się martwił. I zdecydowanie miał dość rozmyślania nad tym, co może, a czego nie powinien powiedzieć. - Co się stało? - Zapytał miękko, jakby puściły mu wszystkie hamulce konstruowane przez dumę, takt czy też etykietę. - Mówiłeś, że potrzebowałeś pomocy... Co się stało, Laurencie?
![[Obrazek: qEyGuHF.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qEyGuHF.gif)