10.02.2024, 01:09 ✶
Patrick zmarszczył brwi, zastanawiając się czemu właściwie miałby myśleć o białych niedźwiedziach. Pewnie to był wpływ miłosnego rytuału z Beltane, ale od razu przeszło mu przez głowę, że powinien zaprosić Florence do ZOO. Mogłaby się naoglądać białych niedźwiedzi do woli.
- Chciałem od razu zaprzeczyć – przyznał z wyraźnie czającym się w głosie rozbawieniem - …że z Chesterem Rookwoodem wszystko jest w porządku, ale… ale cóż, obydwoje chyba wiemy, że to stary, zgorzkniały służbista, jego córka pochowała w dziwnych okolicznościach dwóch mężów, jeden syn pracuje w prosektorium a drugi zawsze wygląda na obrażonego. Więc kto z tamtej rodziny jest taki utalentowany? Czy to może ich kuzyn wampir? – dopytał lekkim tonem, bardziej dla podtrzymania konwersacji, niż żeby był naprawdę zainteresowany manualnymi zdolnościami rodziny Rookwoodów.
Myślami wciąż bardziej błądził wokół potencjalnego wyjścia do zoo niż wokół nieforemnych świec ugniecionych przez kogoś z rodziny starego aurora. I może przez to poczuł przyjemny uścisk w żołądku, gdy zrozumiał, że zrywanie więzi i dla Florence nie było wcale takie łatwe jak mu się wydawało.
Podniósł na nią poważniejące spojrzenie, wsłuchując się w przyjemnie kobiecy tembr głosu. A potem uśmiechnął się kwaśno – choć rozumiejąco – pod nosem. Kiwnął potakująco głową.
- Nie darowałbym sobie, gdybyś przeze mnie przyczyniła się do skrzywdzenia kogoś postronnego – zgodził się wreszcie. Tak, jak nie darowałby sobie, gdyby przez niego Florence sama siebie dałaby skrzywdzić. Już i tak czuł się trochę winny faktu, że pozwolił jej zaangażować się w sprawy Zakonu Feniksa, nawet jeśli zrobił to raczej połowicznie, bo tak naprawdę to ona sama podjęła tę decyzję.
Ugryzł się w język, żeby nie powiedzieć jeszcze jednego: że ostatnio był na takim etapie swojego życia, gdy wydawało mu się, że nic nie działo się bez przyczyny. Trochę wpływ miał na to pobyt w Limbo i to, co stamtąd wyniósł, trochę uspokajająca rozmowa z Sebastianem a trochę własne głębsze przemyślenia. Być może więc rytuał, który ich połączył nie był wcale dziełem szalonej magii Beltane, ale splątanych ścieżek ich własnych losów.
Znowu kiwnął głową. Stał nieruchomo, gdy Florence wchodziła do kręgu a potem dalej stał, najpierw odrobinę mniej nieruchomo, patrząc jak zapalała różdżką świece i zastanawiając się, jak to właściwie musiało wyglądać z boku. Zdecydowanie jakby odprawiali jakieś czary ale czy patrzący domyśliłby się, że chodziło o zdjęcie klątwy? On na pewno nie wpadłby na takie rozwiązanie, ale on nie znał się na klątwołamaniu.
Przymknął oczy, gdy do jego nosa doleciał zapach ziół i kwiatów. Nie wiedział czego powinien się spodziewać, ale gotowy był na to, cokolwiek miało nadejść. Przez przymknięte powieki nie widział gęstniejącego między nimi dymu, nie widział przecinającej go różdżką Florence, ale wsłuchiwał się w jej szept, gdy wypowiadała inkantancję.
Otworzył oczy i poruszył głową dopiero wtedy, gdy i jemu wydało się, że usłyszał trzask zamykanych drzwi. Popatrzył na Florence pytająco: czy to już? – zdawały się pytać jego oczy.
- Chciałem od razu zaprzeczyć – przyznał z wyraźnie czającym się w głosie rozbawieniem - …że z Chesterem Rookwoodem wszystko jest w porządku, ale… ale cóż, obydwoje chyba wiemy, że to stary, zgorzkniały służbista, jego córka pochowała w dziwnych okolicznościach dwóch mężów, jeden syn pracuje w prosektorium a drugi zawsze wygląda na obrażonego. Więc kto z tamtej rodziny jest taki utalentowany? Czy to może ich kuzyn wampir? – dopytał lekkim tonem, bardziej dla podtrzymania konwersacji, niż żeby był naprawdę zainteresowany manualnymi zdolnościami rodziny Rookwoodów.
Myślami wciąż bardziej błądził wokół potencjalnego wyjścia do zoo niż wokół nieforemnych świec ugniecionych przez kogoś z rodziny starego aurora. I może przez to poczuł przyjemny uścisk w żołądku, gdy zrozumiał, że zrywanie więzi i dla Florence nie było wcale takie łatwe jak mu się wydawało.
Podniósł na nią poważniejące spojrzenie, wsłuchując się w przyjemnie kobiecy tembr głosu. A potem uśmiechnął się kwaśno – choć rozumiejąco – pod nosem. Kiwnął potakująco głową.
- Nie darowałbym sobie, gdybyś przeze mnie przyczyniła się do skrzywdzenia kogoś postronnego – zgodził się wreszcie. Tak, jak nie darowałby sobie, gdyby przez niego Florence sama siebie dałaby skrzywdzić. Już i tak czuł się trochę winny faktu, że pozwolił jej zaangażować się w sprawy Zakonu Feniksa, nawet jeśli zrobił to raczej połowicznie, bo tak naprawdę to ona sama podjęła tę decyzję.
Ugryzł się w język, żeby nie powiedzieć jeszcze jednego: że ostatnio był na takim etapie swojego życia, gdy wydawało mu się, że nic nie działo się bez przyczyny. Trochę wpływ miał na to pobyt w Limbo i to, co stamtąd wyniósł, trochę uspokajająca rozmowa z Sebastianem a trochę własne głębsze przemyślenia. Być może więc rytuał, który ich połączył nie był wcale dziełem szalonej magii Beltane, ale splątanych ścieżek ich własnych losów.
Znowu kiwnął głową. Stał nieruchomo, gdy Florence wchodziła do kręgu a potem dalej stał, najpierw odrobinę mniej nieruchomo, patrząc jak zapalała różdżką świece i zastanawiając się, jak to właściwie musiało wyglądać z boku. Zdecydowanie jakby odprawiali jakieś czary ale czy patrzący domyśliłby się, że chodziło o zdjęcie klątwy? On na pewno nie wpadłby na takie rozwiązanie, ale on nie znał się na klątwołamaniu.
Przymknął oczy, gdy do jego nosa doleciał zapach ziół i kwiatów. Nie wiedział czego powinien się spodziewać, ale gotowy był na to, cokolwiek miało nadejść. Przez przymknięte powieki nie widział gęstniejącego między nimi dymu, nie widział przecinającej go różdżką Florence, ale wsłuchiwał się w jej szept, gdy wypowiadała inkantancję.
Otworzył oczy i poruszył głową dopiero wtedy, gdy i jemu wydało się, że usłyszał trzask zamykanych drzwi. Popatrzył na Florence pytająco: czy to już? – zdawały się pytać jego oczy.