Flynn śledził jego podróż za barem z wyraźnym zaciekawieniem wypisanym na twarzy.
- Byłem pewny, że następny raz kiedy cię zobaczę, to kiedy przypadkiem usiądę wypić wódkę akurat na twoim nagrobku. - I w gruncie rzeczy dalece to on się nie pomylił, bo O'Dwyera ewidentnie popierdoliło w głowę. No dobra, rymował - to nie było prawnie zakazane, ale też nie świadczyło o szczególnej wierności jeżeli chodziło o trzeźwość twojego umysłu. Z drugiej strony on chyba zawsze taki był. Ten typ człowieka, który na pytanie „dobrze się czujesz” mógł się co najwyżej uśmiechnąć, bo odkąd tylko nauczył się mówić coś poza mama i tata, to odpowiedź zawsze brzmiała tak samo: jednocześnie tak i nie. Ale czy to miało znaczenie? Tylko takie, że przez to wariactwo naprawdę rozumiał, o co mu chodziło, kiedy używał słowa pedalskie. O słodkość. Słodkość, którą tak uwielbiał, o za dużą ilość soku zabijającą całkowicie smak alkoholu. Drinki tak mdłe, że bardziej przypominały napoje dla dzieci podawane w parkach rozrywki, niż coś zawierającego w sobie procenty. Palemki niestety nie docenił.
Podniósł tę szklaneczkę i uśmiechnął się. Chujowy był ten O'Dwyer w mycie szklanek, chociaż o tym piał przed chwilą, ale Crowowi to nie przeszkadzało ani trochę. Ten człowiek żył w rzeczywistości, w której dla uniesienia zlizuje się tequilę z ciał azjatyckich prostytutek - miałoby go przejąć, że szkło w Dziurawym Kotle było wcześniej oblizane przez jakiegoś starego dziada? To raczej po Crowie nikt by nie chciał pić, bo się jeszcze czymś zarazi. Większe zarazki zabijały te mniejsze.
- Mogę ci potem spojrzeć na to radio - zaoferował się - ale teraz mi się nie chce. - Bo jeszcze za mało wypił. Ale nie na tyle mało, żeby przestać stukać, wybijając mu dalszy rytm. Jego palce uderzały o blat, on natomiast przechylił tego drinka i wypił dwa duże łyki, omal nie wbijając sobie tej wcześniej wspomnianej parasolki w oko. No i nie powiedział nic. Żadnego ego nie połechtał. Ale Crow to nie był człowiek gadatliwy, więc milczenie można było zinterpretować jako uznanie - ludzi jakoś bardziej ciągnęło do otwierania mordy, kiedy dało się rzucić czymś negatywnym i on też wyjątkiem w tym nie był. No i gapił się wciąż na tego Leosia, chociaż chyba nie do końca wypadało. - Poza tym... nadrabiasz za nie - zauważył, nagle przerywając ciszę ze swojej strony. Coś mu chodziło po łbie, ta harmonijka go chyba za mocno uwierała w udo, bo coraz intensywniej rozważał przeniesienie nieistniejących uzdolnień muzycznych poza obszar wozu Alexandra.
- Byłem pewny, że następny raz kiedy cię zobaczę, to kiedy przypadkiem usiądę wypić wódkę akurat na twoim nagrobku. - I w gruncie rzeczy dalece to on się nie pomylił, bo O'Dwyera ewidentnie popierdoliło w głowę. No dobra, rymował - to nie było prawnie zakazane, ale też nie świadczyło o szczególnej wierności jeżeli chodziło o trzeźwość twojego umysłu. Z drugiej strony on chyba zawsze taki był. Ten typ człowieka, który na pytanie „dobrze się czujesz” mógł się co najwyżej uśmiechnąć, bo odkąd tylko nauczył się mówić coś poza mama i tata, to odpowiedź zawsze brzmiała tak samo: jednocześnie tak i nie. Ale czy to miało znaczenie? Tylko takie, że przez to wariactwo naprawdę rozumiał, o co mu chodziło, kiedy używał słowa pedalskie. O słodkość. Słodkość, którą tak uwielbiał, o za dużą ilość soku zabijającą całkowicie smak alkoholu. Drinki tak mdłe, że bardziej przypominały napoje dla dzieci podawane w parkach rozrywki, niż coś zawierającego w sobie procenty. Palemki niestety nie docenił.
Podniósł tę szklaneczkę i uśmiechnął się. Chujowy był ten O'Dwyer w mycie szklanek, chociaż o tym piał przed chwilą, ale Crowowi to nie przeszkadzało ani trochę. Ten człowiek żył w rzeczywistości, w której dla uniesienia zlizuje się tequilę z ciał azjatyckich prostytutek - miałoby go przejąć, że szkło w Dziurawym Kotle było wcześniej oblizane przez jakiegoś starego dziada? To raczej po Crowie nikt by nie chciał pić, bo się jeszcze czymś zarazi. Większe zarazki zabijały te mniejsze.
- Mogę ci potem spojrzeć na to radio - zaoferował się - ale teraz mi się nie chce. - Bo jeszcze za mało wypił. Ale nie na tyle mało, żeby przestać stukać, wybijając mu dalszy rytm. Jego palce uderzały o blat, on natomiast przechylił tego drinka i wypił dwa duże łyki, omal nie wbijając sobie tej wcześniej wspomnianej parasolki w oko. No i nie powiedział nic. Żadnego ego nie połechtał. Ale Crow to nie był człowiek gadatliwy, więc milczenie można było zinterpretować jako uznanie - ludzi jakoś bardziej ciągnęło do otwierania mordy, kiedy dało się rzucić czymś negatywnym i on też wyjątkiem w tym nie był. No i gapił się wciąż na tego Leosia, chociaż chyba nie do końca wypadało. - Poza tym... nadrabiasz za nie - zauważył, nagle przerywając ciszę ze swojej strony. Coś mu chodziło po łbie, ta harmonijka go chyba za mocno uwierała w udo, bo coraz intensywniej rozważał przeniesienie nieistniejących uzdolnień muzycznych poza obszar wozu Alexandra.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.