Oczywiście, że mógłby powiedzieć o tym, że w obrazach Rembrandta czerń była jedynie kolejnym, skrajnym elementem skali czerwieni, ale o ile takie rzeczy mógłby powiedzieć do niego Flynn, Crow nie zrobiłby tego nigdy. Zignorował to pytanie. Uśmiechnął się tylko drwiąco i szorstko, tak jak to on potrafił, tłumiąc i zabijając tlące się w środku uczucia czyniące go czymś więcej niż człowiekiem, nadających mu ludzki kształt. On człowiekiem być do końca nie chciał - nie lubił być obnażony, drażniło go wystawianie na piedestał własnych słabości. Miłość do sztuki? I tak była niemalże nieistniejąca, więc zbudowałby wokół siebie koszmarnie mylną narrację. Analiza. Głęboka obserwacja otoczenia i wyciąganie wniosków - to była jego bajka. Ale taka, której fabułę szeptał tylko i wyłącznie sobie. Wszystkim innym oferował warstwę zewnętrzną.
Zimno i gorąco. Chłód odrzucającego spojrzenia, sarkastycznych docinków. Żar dotyku i odważnych słów, ale wplatanych jedynie tam, gdzie tym słowem można było coś osiągnąć, a mówiąc konkretniej - kogoś zdobyć. Wszystko to ubrane w czarne piórka wykreowanej lata temu persony - nigdy prawdziwego siebie. Nawet teraz, będąc odsłoniętym ze skrzydeł, w których się chronił przed natrętnymi spojrzeniami, wciąż grał w melodię bycia chodzącą tajemnicą.
- Że też mi się trafił poeta. - Black używał tak barwnego języka do opisu czegoś, co tak niewiele go interesowało. Strata czasu i powietrza, jak zresztą wszystko, czego nie lubił. - O lodzie też mi takie wierszyki napiszesz? - A może on po prostu nie zrozumiał swojej pozycji? Na tym łóżku, na wysokości zadania - Crow nie oczekiwał od niego pieszczot słowem - był głodny jego ciała. Tego kruchego ciała Perseusa, który oniemiał tak bardzo, że nie wiedział, co uczynić ze swoją głową, z rękoma, z resztą skruszałego siebie. Crow natomiast w kilku pierwszych ruchach zagarniających go do siebie, nie wiedział, jak się z czymś tak kruchym obejść, czymś tak ulotnym jak zamarznięta para na szkle - ale wtem przypomniał sobie jego ofiarność sprzed przyjścia do tego cholernego hotelu, poczuł na plecach dreszcz podniecenia i wplótł palce w jego włosy, żeby bezczelnie odkleić go od swoich ust i zmusić go do zjechania nimi niżej.
Jak można było czuć tak dużo i tak mocno, chociaż nie potrafiło się poczuć własnej wartości? Istniała pomiędzy nimi ta jedna, niewypowiedziana i nieznana nić porozumienia. U Perseusa objawiała się w odwracaniu wzroku, w niepewności drżących rąk. U Crowa - w milczeniu. Na temat siebie i swoich emocji. Znów chłód fasady - nigdy się przed nikim nie otworzył i nie otworzy. Ale jednocześnie był tak gorący - uzależniony od smaku obcego ciała, z gorącymi ustami, rozpalonymi smakiem prawdziwej potrzeby. Każde jego spojrzenie, głód w nim zawarty, każdy dotyk utrzymujący się na ciele o wiele za długo, aby go uznać za przypadek, a nie planowane działanie, każdy przypadkowy siniak, zadrapanie od zbyt łapczywego uścisku, kiedy drugie ciało próbowało się z niego wydostać, bo nie radziło sobie z tak dużą ilością bodźców - to wszystko było jego ogniem, kusiło do sprawdzenia, co kryło się pod spodem kaskady czarnych, gęstych rzęs, zaciśniętych kiedy dochodził. Brązowe, smutne oczy, w których dało się dostrzec odbicie siebie, ale i jego własny piorunujący smutek i samotność. Zakrył je powiekami, bo mówiły prawdę - że ta miłość na skórze Blacka, wypisana na niej potem i sunięciem opuszkami palców, to nie była opowieść tylko dla niego. Chłopak był śliczny, może nawet śliczniejszy niż widział to wcześniej, a może to wyłącznie zaczerwieniona twarz i jęki, kiedy go brał, wgniatając w to łóżko, rozmyły mu rzeczywistość, ale nic nigdy nie potrafiło zmienić tego, że piekielnie tęsknił za kimś innym.
Opadł plecami na pościel tuż obok i wziął dwa, głębokie wdechy. Dopiero po nich przyciągnął Perseusa do siebie i dał mu położyć głowę na swoim barku, obejmując go przy tym ramionami. I jak zawsze wydawało mu się to być o wiele bardziej intymne, niż cały wcześniejszy akt. Dlatego nie otwierał oczu, ani nie mówił nic. Czuł się mgliście. Nawiedzało go zbyt wiele nieoczekiwanych przemyśleń, jednych z tych, którymi nie lubił plamić sobie palców i naprawdę wolał, żeby tak zostało. Zabił je więc - zadarł jego podbródek do góry, żeby pocałować go raz jeszcze.
Zimno i gorąco. Chłód odrzucającego spojrzenia, sarkastycznych docinków. Żar dotyku i odważnych słów, ale wplatanych jedynie tam, gdzie tym słowem można było coś osiągnąć, a mówiąc konkretniej - kogoś zdobyć. Wszystko to ubrane w czarne piórka wykreowanej lata temu persony - nigdy prawdziwego siebie. Nawet teraz, będąc odsłoniętym ze skrzydeł, w których się chronił przed natrętnymi spojrzeniami, wciąż grał w melodię bycia chodzącą tajemnicą.
- Że też mi się trafił poeta. - Black używał tak barwnego języka do opisu czegoś, co tak niewiele go interesowało. Strata czasu i powietrza, jak zresztą wszystko, czego nie lubił. - O lodzie też mi takie wierszyki napiszesz? - A może on po prostu nie zrozumiał swojej pozycji? Na tym łóżku, na wysokości zadania - Crow nie oczekiwał od niego pieszczot słowem - był głodny jego ciała. Tego kruchego ciała Perseusa, który oniemiał tak bardzo, że nie wiedział, co uczynić ze swoją głową, z rękoma, z resztą skruszałego siebie. Crow natomiast w kilku pierwszych ruchach zagarniających go do siebie, nie wiedział, jak się z czymś tak kruchym obejść, czymś tak ulotnym jak zamarznięta para na szkle - ale wtem przypomniał sobie jego ofiarność sprzed przyjścia do tego cholernego hotelu, poczuł na plecach dreszcz podniecenia i wplótł palce w jego włosy, żeby bezczelnie odkleić go od swoich ust i zmusić go do zjechania nimi niżej.
Jak można było czuć tak dużo i tak mocno, chociaż nie potrafiło się poczuć własnej wartości? Istniała pomiędzy nimi ta jedna, niewypowiedziana i nieznana nić porozumienia. U Perseusa objawiała się w odwracaniu wzroku, w niepewności drżących rąk. U Crowa - w milczeniu. Na temat siebie i swoich emocji. Znów chłód fasady - nigdy się przed nikim nie otworzył i nie otworzy. Ale jednocześnie był tak gorący - uzależniony od smaku obcego ciała, z gorącymi ustami, rozpalonymi smakiem prawdziwej potrzeby. Każde jego spojrzenie, głód w nim zawarty, każdy dotyk utrzymujący się na ciele o wiele za długo, aby go uznać za przypadek, a nie planowane działanie, każdy przypadkowy siniak, zadrapanie od zbyt łapczywego uścisku, kiedy drugie ciało próbowało się z niego wydostać, bo nie radziło sobie z tak dużą ilością bodźców - to wszystko było jego ogniem, kusiło do sprawdzenia, co kryło się pod spodem kaskady czarnych, gęstych rzęs, zaciśniętych kiedy dochodził. Brązowe, smutne oczy, w których dało się dostrzec odbicie siebie, ale i jego własny piorunujący smutek i samotność. Zakrył je powiekami, bo mówiły prawdę - że ta miłość na skórze Blacka, wypisana na niej potem i sunięciem opuszkami palców, to nie była opowieść tylko dla niego. Chłopak był śliczny, może nawet śliczniejszy niż widział to wcześniej, a może to wyłącznie zaczerwieniona twarz i jęki, kiedy go brał, wgniatając w to łóżko, rozmyły mu rzeczywistość, ale nic nigdy nie potrafiło zmienić tego, że piekielnie tęsknił za kimś innym.
Opadł plecami na pościel tuż obok i wziął dwa, głębokie wdechy. Dopiero po nich przyciągnął Perseusa do siebie i dał mu położyć głowę na swoim barku, obejmując go przy tym ramionami. I jak zawsze wydawało mu się to być o wiele bardziej intymne, niż cały wcześniejszy akt. Dlatego nie otwierał oczu, ani nie mówił nic. Czuł się mgliście. Nawiedzało go zbyt wiele nieoczekiwanych przemyśleń, jednych z tych, którymi nie lubił plamić sobie palców i naprawdę wolał, żeby tak zostało. Zabił je więc - zadarł jego podbródek do góry, żeby pocałować go raz jeszcze.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.