Flynn poprawił sposób, w jaki trzymał pochodnie, bo chciał skomentować głośno zawartość znajdującego się nieopodal stoiska, a nie mógł tego zrobić, mając w gębie truskawkowego lizaczka. Pech pechem, akurat kiedy wyciągał go z gęby, jakiś pajac popchnął go na bok i wytrącił mu go z ręki. Niby fajnie, że zdążył rozdziabić paszczę na tyle, żeby lizak nie wyleciał na zewnątrz razem z jedynką, ale wciąż niemożebnie go to wkurwiło, bo ośliniony cukierek wylądował na bruku, gdzie od razu obtoczył się w piasku. Okej, nie takie rzeczy jadł, jak go opłucze wodą, to nawet nie będzie chrupał, ale jakoś go to zdenerwowało na tyle, że nawet ktoś na jego poziomie życiowym uznał podniesienie go i zjedzenie za coś uderzającego w ludzką godność. Dlatego właśnie chciał tego frajera pobić. Generalnie facet trafił na bardzo kiepski moment w jego życiu - dopiero co kogoś nastukał pięściami, bo średnio radził sobie z emocjami (a nie radził sobie z nimi nigdy, więc porównując obecny stan do przeszłości, mówiliśmy o czymś, co u normalnego człowieka świadczyłoby o rozjebanej skali lub skrajnie złych obliczeniach), a to czyniło go czymś zdolnym do wszystkiego. No ale przyszedł tu z bratem i po ostatniej bójce w warzywniaku naprawdę nie chciał nadwyrężać jego cierpliwości - ograniczył się więc do prostej inkantacji na nogi, która za kilka minut sprawi, że typ potknie się o własne kolano i zajebie twarzą o bruk. Nienawidził czarnej magii, ale jeszcze bardziej nienawidził kiedy robiono z niego idiotę.
Nie odezwał się ani słowem, tylko się tak napiął, jak pies gotowy do biegu. Napiął się jeszcze bardziej, słysząc azjatycki akcent w głosie, bo azjatycki akcent na Ścieżkach nie oznaczał niczego innego niż kłopoty. Pierwszy instynkt - pociągnąć Jima za rękaw i stąd spierdalać, ale w Jimie obudził się ten dobry samarytanin, więc wywrócił oczami i czekał w napięciu na rozwój wydarzeń, oblizując przy tym palce, a później w te oblizane paluchy złapał te sypane z portfela monety.
- Zlituj się Jim, przynajmniej połowa to domy publiczne, posuwa się tam lachony za pieniądze. - Udawał, że nie widzi zażenowanego spojrzenia wróżbitki, będącej świadkiem tej rozmowy. - Obawiam się, że musisz teraz umyć ręce wodą święconą. - A kiedy do niego dotarło, że znajomość tychże miejsc mówiła sama za siebie, nie wiedział do końca jak się z tego wycofać. Znajomość świata to jedno, ale znajomość tak dużej porcji londyńskich prostytutek... Miłość jego życia była prostytutką. Gdzieś tam tliło się: wiesz, ładne dziewczyny to ładne dziewczyny, ale sutenerów zawsze jebałem co najwyżej prądem, tylko każde takie słowo tworzyło kolejną dziurę, bo ten chłopak, którego tak ostatnio obił na środku Fantasmagorii, robił mu kiedyś gałę za... Okej, to był ten moment, kiedy trzeba było zatrzymać potok myśli. Uniósł rączki w obronnym geście, zaciskając palce na stosie monetek. - Ja nie byłem seminarium. - I tym zabił wszelkie dalsze wyjaśnienia. Uciekł w bok, do tej kobiety sprzedającej ciasteczka, modląc się w duchu, żeby go nie rozpoznała. Albo była kimś totalnie od czapy. I dzięki Bogu (hehe) - była. Nie rozpoznał jej.
- Jim - rzucił nagle, wciskając mu do ręki to zapakowane w plastik ciastko - czy chrześcijanie na pewno mogą korzystać z usług wróżbitów? - Uniósł w górę brwi. Pytał nie tylko z czystej, ludzkiej ciekawości - chciał też wiedzieć, czy przypadkiem nie przypadło mu właśnie dodatkowe ciastko do zjedzenia. Bo wbrew temu co pomyślał o nim jego brat - potrafił czytać. I to całkiem nieźle. Ująłby to nawet stwierdzeniem: lubił czytać, ale zawsze w myślach, nigdy głośno, bo jeszcze ktoś każe mu czytać Nowy Testament zamiast Poego, listów od kochanka i harlekinów. Kobieta wydała mu resztę, ale Flynn nie oddał mu żadnych monet, czyżby zniknęły bezpowrotnie w tylnej kieszeni jego spodni? - Pamiętaj, że mogę oswobodzić cię z tej głębokiej, moralnej rozkminy.
Rozmawiając, oddalili się w tylko sobie znanym kierunku.
Nie odezwał się ani słowem, tylko się tak napiął, jak pies gotowy do biegu. Napiął się jeszcze bardziej, słysząc azjatycki akcent w głosie, bo azjatycki akcent na Ścieżkach nie oznaczał niczego innego niż kłopoty. Pierwszy instynkt - pociągnąć Jima za rękaw i stąd spierdalać, ale w Jimie obudził się ten dobry samarytanin, więc wywrócił oczami i czekał w napięciu na rozwój wydarzeń, oblizując przy tym palce, a później w te oblizane paluchy złapał te sypane z portfela monety.
- Zlituj się Jim, przynajmniej połowa to domy publiczne, posuwa się tam lachony za pieniądze. - Udawał, że nie widzi zażenowanego spojrzenia wróżbitki, będącej świadkiem tej rozmowy. - Obawiam się, że musisz teraz umyć ręce wodą święconą. - A kiedy do niego dotarło, że znajomość tychże miejsc mówiła sama za siebie, nie wiedział do końca jak się z tego wycofać. Znajomość świata to jedno, ale znajomość tak dużej porcji londyńskich prostytutek... Miłość jego życia była prostytutką. Gdzieś tam tliło się: wiesz, ładne dziewczyny to ładne dziewczyny, ale sutenerów zawsze jebałem co najwyżej prądem, tylko każde takie słowo tworzyło kolejną dziurę, bo ten chłopak, którego tak ostatnio obił na środku Fantasmagorii, robił mu kiedyś gałę za... Okej, to był ten moment, kiedy trzeba było zatrzymać potok myśli. Uniósł rączki w obronnym geście, zaciskając palce na stosie monetek. - Ja nie byłem seminarium. - I tym zabił wszelkie dalsze wyjaśnienia. Uciekł w bok, do tej kobiety sprzedającej ciasteczka, modląc się w duchu, żeby go nie rozpoznała. Albo była kimś totalnie od czapy. I dzięki Bogu (hehe) - była. Nie rozpoznał jej.
- Jim - rzucił nagle, wciskając mu do ręki to zapakowane w plastik ciastko - czy chrześcijanie na pewno mogą korzystać z usług wróżbitów? - Uniósł w górę brwi. Pytał nie tylko z czystej, ludzkiej ciekawości - chciał też wiedzieć, czy przypadkiem nie przypadło mu właśnie dodatkowe ciastko do zjedzenia. Bo wbrew temu co pomyślał o nim jego brat - potrafił czytać. I to całkiem nieźle. Ująłby to nawet stwierdzeniem: lubił czytać, ale zawsze w myślach, nigdy głośno, bo jeszcze ktoś każe mu czytać Nowy Testament zamiast Poego, listów od kochanka i harlekinów. Kobieta wydała mu resztę, ale Flynn nie oddał mu żadnych monet, czyżby zniknęły bezpowrotnie w tylnej kieszeni jego spodni? - Pamiętaj, że mogę oswobodzić cię z tej głębokiej, moralnej rozkminy.
Rozmawiając, oddalili się w tylko sobie znanym kierunku.
Koniec sesji
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.