Właśnie, co prowadziło Kaydenem? Widział już, że to typ bawidamka, Kayden nawet nie próbował tego udawać. Typ faceta, który szuka jednonocnych przygód. Bierze, czego chce i nie ma już niczego na drugi dzień. Tymczasem tutaj działy się czary. Laurent nie chciał od niego wcale wiele więcej przy pierwszym czy drugim spotkaniu niż tylko go zakosztować, pozwolić się otulić jego ramionom. Ale potem było spotkanie trzecie, czwarte, wspólna podróż. Jego czułość i nabożna cześć, z jaką go dotykał, a wcale nie sięgał po więcej. Teraz zamiast rozpiąć jego guziki do końca i dać upust frustracji i zamienić ją w lepszy smak po prostu je zapiął. Zapiął je. Te guziki jego koszuli. To nie mieściło się w jego normach znajomości tego typu, uciekało wszystkiemu, czego doświadczył. Możesz mieć każdego zamieniało się w możesz mieć każdego, a Kaydena? I wcale nie chciał, żeby to się kończyło. Z jakiegoś powodu nie chciał przenieść tej znajomości do łóżka, tak jakby ten akt miał wszystko zakończyć - każdy ten słodki i piękny dzień między nimi. Z drugiej strony wolałby taki finał niż to, co się stało tutaj. Zauroczenie, zakochanie, łatwo było zakończyć. Zgasić. Był płomieniem świecy, który należało chronić od wiatru, bo zaślepiał całkowicie spojrzenie na wady drugiej strony.
- Cień zawsze istnieje. Szczególnie, kiedy nosi się go we własnej głowie. - Zasłaniał widoki na coś wspaniałego, na pewne prawdy, które przez to nam umykały. Na wiarę w drugą osobę i na rzeczy pozornie oczywiste. Wyślizgnęli się sobie z palców przez pocztę. Przez głupią pocztę. Jeśli to nie było żałosne, żenujące, to Laurent nie wiedział, co było. Ale ta głupia poczta wystarczyła. Zbudowała w nich taki niepokój i poczucie porzucenia, że wygenerowała tylko żal i złość. Odczuwał niesmak tym wydarzeniem i faktem, że nie chciał teraz prowadzić takiej poważnej rozmowy z tym człowiekiem, który jeszcze do wczorajszego dnia był oznaczony jako ten, który spełnił największy strach jego życia - porzucił go. Wśród tych wszystkich rzeczy, które się działy i rzeczy, które zrobił, on się rozpłynął. Tymczasem on po prostu pracował i przeżywał swój własny koszmar. Pewnie nie mógł się skupić czasem. Pewnie zastanawiał się, co się dzieje. Coś takiego nie powinno mieć miejsca, ale miało. Mogli machnąć ręką, powiedzieć, stało się, odpuścić. Tymczasem siedział tutaj ze szklanką whiskey, której nawet nie powinien pić, szczególnie przy ostatnio przyjmowanych lekach.
Uczucia, których nie rozumiał... Laurent zapatrzył się na niego. Tyle proszenia o wybaczenie, tyle niepewności, napięcia i złości innego rodzaju niż ta, którą sobą prezentował jeszcze przed paroma chwilami nie pasowało do niego. Tak pomyślał - że to do niego nie pasowało. Tylko co on wiedział, co właściwie pasowało do tego człowieka? Jakie niby mógł mieć o tym pojęcie? Chyba tylko takie, że Kayden zdawał się nieugięty jak stal jego oczu. Dumny, z poczuciem własnej godności. Męska duma była czymś, co w żadnym wypadku nie powinno być naruszane, bo niszczyła tych mężczyzn. Sprawiało to, że zaczynali się gubić, a Laurent nie chciał, żeby Kayden się gubił. Przy czym na zagubionego nie brzmiał, wręcz przeciwnie. Brzmiał jakby miał wyuczoną na pamięć historyjkę na takie okazje, wyuczony schemat postępowania. Mówisz tak każdej? Po paru spotkaniach, po jednym spieprzonym, kiedy chciał wrócić do tego, jak było.
- W porządku. - Odetchnął. - Emocje są świeże, nie roztrząsajmy tego. - Dajmy emocjom opaść i może dotrzemy do jakichś lepszych wniosków. I przede wszystkim łatwiej będzie przełknąć szklankę goryczy, żeby znowu odnaleźć słodycz. Bo jeszcze za wcześnie było na powiedzenie "wybaczone, zapomniane". Uśmiechnął się mimo to lekko pod nosem na słowa, że nie wie, o jakiej scenie mówił. Słodkie. Bo bardzo nie chciał, żeby ta scena zaistniała. To było jedyne, czego mógł się w tym wszystkim wstydzić. Niekoniecznie zaś spodziewał się przejścia do innego tematu. Takiego nagłego przeskoczenia, które przez moment pozostawiło go w ciszy próby zrozumienia, o co pyta. Ale zrozumiał szybko. Szczególnie po tym jego spojrzeniu, po tonie, który był tym, za jakim tęsknił.
- Ach, to... - Nie dało się nie wyczuć lekkiej niechęci w jego głosie, lekki uśmiech zmienił się w bardziej krzywy. Nie chciał o tym mówić. Poprawił się w fotelu i nabrał głębiej powietrza w płuca, powoli je wypuszczając. Od czego miałby zacząć? Od początku? Od wszystkiego? Końca? Tylko części? Złapał za perłę, którą był kolczyk w jego uchu - ale tylko jeden. Nie było drugiego do pary. - Śmierciożercy próbowali zaatakować New Forest. Nic się nie stało, na miejscu był auror. - Nieformalnie, ale była aurorka. A to nawet nie była wisienka na torcie w tym wszystkim.