28.11.2022, 16:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.12.2022, 11:21 przez Morgana le Fay.)
- ...Patrickowi należy się wielkie piwo. Myślicie, że mają tu kremowe? Uwielbiam kremowe piwo, nawet jeżeli tak naprawdę obok piwa to nawet nie stało. To pewnie przez tę nazwę. Jak mogę nie lubić czegoś, co jest kremowe? - paplała Brenna radośnie, gdy dotarli do straganów. Po zbieraniu jajek, po wędrówce, mającej na celu wyciągnięcie Stewarda z lasu i po tym, jak ktoś poskładał jego kostkę.
Miała ochotę zresztą zapytać, czy aby - na - pewno - nie - boli, ale w takich sytuacjach trzymała jednak język za zębami. Co najwyżej zerkała czasem, czy bez problemu nadążał, bo ona miała skłonność do poruszania się na granicach biegu, a Mavelle, nawykła do tempa kuzynki, mogła odruchowo wysforować za nią...
- Koszyk. Nie będę wkładać rąk do żadnych koszyków podejrzanych wariatek. Ta z kijami... ehem, omińmy ją szerokim łukiem, dobrze? - mówiła dalej, trochę ciszej. Może coś w Szeptusze ją niepokoiło. A może po prostu mieszkając w Dolinie Godryka, coś o niej słyszała?
Ewentualnie dojrzała, jak kogoś bije po głowie. Jej włosy i tak były dostatecznie rozczochrane po tej całej przechadzce w lesie. Brenna miała wrażenie, że pędy i gałęzie magicznym sposobem chwytają się skraju jej szat, a małe listki jakimś cudem zawsze znajdą sposób, aby wplątać się jej we włosy.
- Poza tym mają tu ponoć stoisko wiły. Takie prawdziwe. Goblin... - zastanowiła się przez chwilę, po czym powędrowała prosto do goblina, by zapłacić za możliwość zakręcenia kołem. Bo czemu nie. W końcu raz - się - żyje - i - tak - dalej. - Musimy potem znaleźć stoisko ze słodyczami. Stanowczo domagam się słodyczy, skoro dziś nie będę się upijać.
Dziś, jutro, pojutrze i pewnie nigdy. Brenna praktycznie nie piła. Nie dlatego, że tego nie lubiła. Od pewnej listopadowej nocy wolała jednak zawsze być trzeźwa. Zwłaszcza na takich imprezach, wymarzonych do ataku śmierciożerców. Może z tego po części wynikała jej miłość to kremowego piwa w wersji bezalkoholowej.
Loteria
Efekt: wygrywam... szyszkę.
- Peszek - roześmiała się, kiedy wypadł jej niemal najgorszy wynik, a nagrodą okazała się... podejrzanie wyglądająca szyszka. Brenna nie dotknęła jej od razu, najpierw podejrzliwie oglądając. I potem nawet dźgając różdżką, szepcąc zaklęcie rozpraszające. Zbytek ostrożności? Może, ale ta szyszka wyglądała jakoś podejrzanie. - Próbujecie szczęścia? - spytała, zwracając się do kuzynki i Patricka.
Miała ochotę zresztą zapytać, czy aby - na - pewno - nie - boli, ale w takich sytuacjach trzymała jednak język za zębami. Co najwyżej zerkała czasem, czy bez problemu nadążał, bo ona miała skłonność do poruszania się na granicach biegu, a Mavelle, nawykła do tempa kuzynki, mogła odruchowo wysforować za nią...
- Koszyk. Nie będę wkładać rąk do żadnych koszyków podejrzanych wariatek. Ta z kijami... ehem, omińmy ją szerokim łukiem, dobrze? - mówiła dalej, trochę ciszej. Może coś w Szeptusze ją niepokoiło. A może po prostu mieszkając w Dolinie Godryka, coś o niej słyszała?
Ewentualnie dojrzała, jak kogoś bije po głowie. Jej włosy i tak były dostatecznie rozczochrane po tej całej przechadzce w lesie. Brenna miała wrażenie, że pędy i gałęzie magicznym sposobem chwytają się skraju jej szat, a małe listki jakimś cudem zawsze znajdą sposób, aby wplątać się jej we włosy.
- Poza tym mają tu ponoć stoisko wiły. Takie prawdziwe. Goblin... - zastanowiła się przez chwilę, po czym powędrowała prosto do goblina, by zapłacić za możliwość zakręcenia kołem. Bo czemu nie. W końcu raz - się - żyje - i - tak - dalej. - Musimy potem znaleźć stoisko ze słodyczami. Stanowczo domagam się słodyczy, skoro dziś nie będę się upijać.
Dziś, jutro, pojutrze i pewnie nigdy. Brenna praktycznie nie piła. Nie dlatego, że tego nie lubiła. Od pewnej listopadowej nocy wolała jednak zawsze być trzeźwa. Zwłaszcza na takich imprezach, wymarzonych do ataku śmierciożerców. Może z tego po części wynikała jej miłość to kremowego piwa w wersji bezalkoholowej.
Loteria
Rzut 1d6 - 2
Efekt: wygrywam... szyszkę.
- Peszek - roześmiała się, kiedy wypadł jej niemal najgorszy wynik, a nagrodą okazała się... podejrzanie wyglądająca szyszka. Brenna nie dotknęła jej od razu, najpierw podejrzliwie oglądając. I potem nawet dźgając różdżką, szepcąc zaklęcie rozpraszające. Zbytek ostrożności? Może, ale ta szyszka wyglądała jakoś podejrzanie. - Próbujecie szczęścia? - spytała, zwracając się do kuzynki i Patricka.
Loteria rozliczona
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.