11.02.2024, 00:23 ✶
Patrick dalej stał nieruchomo, nie tylko czując psychicznie, ale i fizycznie udowadniając, że pełnił w łamaniu magii rytuału miłosnego Beltane funkcję słupa. Co może nawet i miało jakieś głębsze, metaforyczne znaczenie, skoro to od wrzucenia na słup wianka Florence wszystko się zaczęło. Niestety, było przy okazji bardzo niekomfortowe. Niby wiedział, że w niektórych chwilach życia wystarczało po prostu być, a jednak świadomość własnej niewiedzy dziwnie go uwierała. Dużo chętniej pomógłby jakoś bardziej namacalnie stojącej obok niego w kręgu kobiecie, ale zamiast tego mógł jedynie… pozostawać słupem.
Przynajmniej do momentu, gdy czarownicy udało się złamać klątwę. Zmarszczył brwi, wpatrując się w najbliżej znajdującą się niego wypaloną świecę. Jej koślawy kształt dziwnie harmonizował z nadpalonym i samoistnie zagasłym knotem oraz resztkami czarnego dymu, który się nad tym wszystkim unosił.
Steward podniósł rękę i dotknął nią swojego karku, bezwiednie wkładając w ten gest niespodziewanie dużo niezręczności, którą nagle poczuł. Tak, z perspektywy, niby wiedział, że wszystko co między nimi zaszło w ciągu ostatnich tygodni było wspomagane rytuałem, ale teraz, gdy magia zniknęła poczucie niezręczności uderzyło w niego nawet nie podwójnie, ale poczwórnie. I poczuł w środku coś, co bliskie było poczuciu głębokiej straty.
Uśmiechnął się półgębkiem, trochę wymuszenie, naturalnie odpowiadając na oszczędny uśmiech Florence. Zastanawiał się, czy i ona poczuła się niezręcznie. Może nie, w końcu właśnie zaprosiła go na herbatę i plotki. Może właśnie tak i dlatego to zrobiła.
- Nie za bardzo mam czas. W pracy ostatnio dużo się dzieje – powiedział sztywno.
Wyszedł z kręgu, byle odsunąć się od Bulstrode. To, co wydawało się takie naturalne kilka minut wcześniej, teraz było jakieś nie takie. I nagle uderzyła w niego świadomość tego, jak bardzo dziecinnie próbował się zachowywać. Nabrał głęboko powietrza do płuc i wypuścił je z cichym świstem.
Ile ty masz lat, Patrick? – zganił się w myślach. - To przecież Florence. Twoja przyjaciółka. Kobieta, której bez cienia wątpliwości powierzyłbyś swoje życie. Z rytuałem czy bez, to ciągle najlepsza osoba, którą znasz i jedna z niewielu, której możesz ufać.
Wrócił do czarownicy. Posłał jej przepraszający uśmiech a potem wykonał taki gest, jakby chciał ją do siebie przyciągnąć i o ile go nie powstrzymała, to właśnie zrobił: przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił.
- Dziękuję – rzucił już mniej oficjalnym tonem. – Dziękuję i bardzo chętnie wypiję tobą herbatę, zabiorę cię na pączka… - urwał, mając nadzieję, że zrozumiała tę nieszczególnie subtelną próbę przeprosin.
A potem rzeczywiście o ile przyjęła jego przeprosiny, poszedł z nią na dół by zetrzeć między nimi resztki niezręczności pozostałej po rytuale Beltane.
Przynajmniej do momentu, gdy czarownicy udało się złamać klątwę. Zmarszczył brwi, wpatrując się w najbliżej znajdującą się niego wypaloną świecę. Jej koślawy kształt dziwnie harmonizował z nadpalonym i samoistnie zagasłym knotem oraz resztkami czarnego dymu, który się nad tym wszystkim unosił.
Steward podniósł rękę i dotknął nią swojego karku, bezwiednie wkładając w ten gest niespodziewanie dużo niezręczności, którą nagle poczuł. Tak, z perspektywy, niby wiedział, że wszystko co między nimi zaszło w ciągu ostatnich tygodni było wspomagane rytuałem, ale teraz, gdy magia zniknęła poczucie niezręczności uderzyło w niego nawet nie podwójnie, ale poczwórnie. I poczuł w środku coś, co bliskie było poczuciu głębokiej straty.
Uśmiechnął się półgębkiem, trochę wymuszenie, naturalnie odpowiadając na oszczędny uśmiech Florence. Zastanawiał się, czy i ona poczuła się niezręcznie. Może nie, w końcu właśnie zaprosiła go na herbatę i plotki. Może właśnie tak i dlatego to zrobiła.
- Nie za bardzo mam czas. W pracy ostatnio dużo się dzieje – powiedział sztywno.
Wyszedł z kręgu, byle odsunąć się od Bulstrode. To, co wydawało się takie naturalne kilka minut wcześniej, teraz było jakieś nie takie. I nagle uderzyła w niego świadomość tego, jak bardzo dziecinnie próbował się zachowywać. Nabrał głęboko powietrza do płuc i wypuścił je z cichym świstem.
Ile ty masz lat, Patrick? – zganił się w myślach. - To przecież Florence. Twoja przyjaciółka. Kobieta, której bez cienia wątpliwości powierzyłbyś swoje życie. Z rytuałem czy bez, to ciągle najlepsza osoba, którą znasz i jedna z niewielu, której możesz ufać.
Wrócił do czarownicy. Posłał jej przepraszający uśmiech a potem wykonał taki gest, jakby chciał ją do siebie przyciągnąć i o ile go nie powstrzymała, to właśnie zrobił: przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił.
- Dziękuję – rzucił już mniej oficjalnym tonem. – Dziękuję i bardzo chętnie wypiję tobą herbatę, zabiorę cię na pączka… - urwał, mając nadzieję, że zrozumiała tę nieszczególnie subtelną próbę przeprosin.
A potem rzeczywiście o ile przyjęła jego przeprosiny, poszedł z nią na dół by zetrzeć między nimi resztki niezręczności pozostałej po rytuale Beltane.
Koniec sesji