Z jednej strony Laurence mógł wydawać się poważnym człowiekiem, z nazwiskiem rodziny szanowanej zarządzającej całym szpitalem Św. Munga. To z drugiej momentami nie brakowało mu dobrego humoru. Nie był dosłownym sztywniakiem z kijem w dupie. Umiał rozmawiać nawet na wesoło. Sięgając wspomnieniami do dawnych lat. Jak dzisiaj. W restauracji z Camille, czekając na posiłek. Nadrabiając czas, jaki praca im zabierała, że nie mieli kiedy tak sobie swobodnie porozmawiać od wspólnego ukończenia Akademii Munga, pomimo różnych specjalizacji.
- Obawiam się, że gdyby do tego doszło, Loretta zechciałaby uwiecznić to na swoim obrazie. Więc chyba spasuję.Dodał z nutą żartu. Jego najmłodsza siostra lubiła rozwijać się artystycznie w dziedzinie malarstwa. To i jeżeli siostry obrałyby sobie za cel upudrować go, to zechciałby to uwiecznić. Na szczęście do tego nie dojdzie. Byli już wszyscy dorosłymi osobami i poważniej podchodzili do życia.
- Potrafię sobie wyobrazić, dlatego też nie ma mi czego zazdrościć. To, że ja mam szacunek do innych, nie znaczy, że takowy miałem od części swojego rodzeństwa. Nie zliczę ile razy znikała mi z pokoju miotła, różdżka czy jakiś podręcznik szkolny. Bądź inne osobiste przedmioty.
O ile z miotły Laurence prawie w ogóle nie korzystał, tak przekazana została kolejnemu rodzeństwu, które lepiej sobie z nią radziło niż on sam. Powodem był lęk wysokości. Dlatego nie zaliczył latania na miotle, ale przynajmniej z bólem żołądka – teleportację.
Zapewnił koleżankę, że nie tylko ona miała upierdliwe rodzeństwo. Wakacje bywały ciężkie w rodzinnym domu. Kiedy wracając, siostry i bracia w różnym wieku atakowali go o opowiadanie o szkole czy rozrabiali na swoje sposoby.
- Owszem. Mam na myśli Ciebie. Twoje gadanie jest skuteczne. Uświadamia mi niejednokrotnie, że nie postępuję dobrze. To dlatego, że…Westchnął, kiedy zaczął udzielać jej odpowiedzi na pytanie, dotyczące nie brania pracy do domu.
- Chcę... Próbuję… Udowodnić, nie wiem czy sobie, ale może ojcu, że potrafię radzić sobie w każdej sytuacji. Chwili. Żeby mnie docenił.
Trochę zawiesił się w dokończeniu swojej myśli. Jako dziedzic chciał, aby ojciec był z niego zadowolony, dumny. Starał się cały czas osiągać jak najwięcej może. Ale zostając już oficjalnie z uprawnieniami uzdrowicielem specjalizacji od otruć, czuł barierę? Zamknięcie w jednym pudełku rodzinnego biznesu. Chciałby spróbować czegoś więcej.
- Tak to jest w rodzinnym biznesie.
Nie odniósł się do tego, czy to miłe uczucie. Wsparcie co prawda było. Po to większość z nich miała się szkolić w medycynie magicznej. Przynajmniej ich pierwsza w kolejności czwórka poszła w tym kierunku.
Dalsza ich rozmowa na moment została przerwana, pojawieniem się obsługującego ich kelnera, który przyniósł wino i kieliszki. Napełni je i oddalił się. Mogli więc wrócić do dalszej rozmowy, którą Camille dokończyła.
Kariera zawodowa. Skoro kontynuowali temat pracy.
- Myślę o zmianie pracy.Podzielił się z nią swoimi planami. Myślami. Również spróbował wina, upijając łyk. Delektując się i przełykając. Spojrzał na nią, jakby chciał sprawdzić reakcję. Na razie nic więcej na ten temat nie dodał.