11.02.2024, 12:09 ✶
- Nie, nic mi nie jest - powiedziała Florence, ale pamiętała: pamiętała śpiew, myśli, które rozpływały się, ulatywały, brak kontroli nad własnym umysłem, własnym ciałem. I samo to wspomnienie wytrąciło ją z równowagi tak bardzo. - Śpiew. Jej śpiew. Powiedziałabym, że przypomina śpiew selkie, ale selkie zwykle są łagodne, nie wiem, czemu miałyby atakować ludzi - stwierdziła z zamyśleniu. Może to była inna istota, im pokrewna. A może jakaś selkie oszalała? Florence słyszała śpiew Laurenta, wiedziała, co jej kuzyn potrafi zrobić, jak łatwo zwodzi swoim głosem zmysły, ale przecież nigdy nie wykorzystałby swego daru w ten sposób.
- Na całe szczęście nie umarłaś. Chodź. Usiądziemy na wydmach i zajmiemy się tym i twoją szyją - oświadczyła, ton jej złagodniał, gdy najpierw Yaxley powiedziała, że sądziła, że umrze, a potem Florence dostrzegła ślady na skórze kobiety. Ujęła ją pod rękę, znów opanowana, znów stanowcza, znów po prostu Florence i pociągnęła ku zejściu z plaży, chcąc jak najszybciej znaleźć się z dala od morskich potworów i od groźnego żywiołu. Fale tego dnia nie były wysokie, morze miało jasną barwę, bez wątpienia kąpały się w nim setki tysięcy ludzi, jak Anglia długa i szeroka – tu nie było tłumów tylko dlatego, że były z dala od miast – ale dla Florence równie dobrze wszędzie mogłyby powiewać czerwone flagi.
Sama przecież też, nie tak dawno, myślała, że w tej wodzie umrze. Że morze ją zabierze. Że może potem fale wyrzucą gdzieś na brzeg jej ciało, napuchnięte i sine.
Odsunęła od siebie te myśli, ostrożnie wdrapując się na wydmy, porośnięte skąpą roślinnością. A potem machnęła różdżką, wyczarowując koc, bo wprawdzie miał zniknąć za parę minut, ale powinien wystarczyć im, żeby się obie ogarnęły, a ona nie chciała siadać wprost na ziemi. Dopiero gdy Geraldine spytała, czy ją osuszyć, spojrzała w dół, na wilgotne, brudne plamy na spódnicy.
– Tym też zaraz się zajmiemy.
Nie cierpiała takich… odstępstw od normy, ale obrażenia kogoś rannego zawsze były ważniejsze niż odrobina brudu. Mimo wszystko Florence była uzdrowicielką.
- Na całe szczęście nie umarłaś. Chodź. Usiądziemy na wydmach i zajmiemy się tym i twoją szyją - oświadczyła, ton jej złagodniał, gdy najpierw Yaxley powiedziała, że sądziła, że umrze, a potem Florence dostrzegła ślady na skórze kobiety. Ujęła ją pod rękę, znów opanowana, znów stanowcza, znów po prostu Florence i pociągnęła ku zejściu z plaży, chcąc jak najszybciej znaleźć się z dala od morskich potworów i od groźnego żywiołu. Fale tego dnia nie były wysokie, morze miało jasną barwę, bez wątpienia kąpały się w nim setki tysięcy ludzi, jak Anglia długa i szeroka – tu nie było tłumów tylko dlatego, że były z dala od miast – ale dla Florence równie dobrze wszędzie mogłyby powiewać czerwone flagi.
Sama przecież też, nie tak dawno, myślała, że w tej wodzie umrze. Że morze ją zabierze. Że może potem fale wyrzucą gdzieś na brzeg jej ciało, napuchnięte i sine.
Odsunęła od siebie te myśli, ostrożnie wdrapując się na wydmy, porośnięte skąpą roślinnością. A potem machnęła różdżką, wyczarowując koc, bo wprawdzie miał zniknąć za parę minut, ale powinien wystarczyć im, żeby się obie ogarnęły, a ona nie chciała siadać wprost na ziemi. Dopiero gdy Geraldine spytała, czy ją osuszyć, spojrzała w dół, na wilgotne, brudne plamy na spódnicy.
– Tym też zaraz się zajmiemy.
Nie cierpiała takich… odstępstw od normy, ale obrażenia kogoś rannego zawsze były ważniejsze niż odrobina brudu. Mimo wszystko Florence była uzdrowicielką.