- To dobrze, bo nie wyglądasz najlepiej. - Nie, żeby chciała jej w jakikolwiek sposób dowalić, po prostu stwierdziła fakt. - To nie była selkie, to była zasrana syrena, pomiot szatana. Niech no tylko jakąś złapię w swoje ręce to oderwę jej ten ogon od reszty ciała. - Wysyczała przez zęby, bo naprawdę była zirytowana. Dawno, żadne stworzenie jej tak nie upokorzyło i na pewno długo tego nie zapomni, a i co najważniejsze, nigdy, przenigdy nie dopuści do tego, aby taka sytuacja się powtórzyła. Nie wchodzi się w końcu dwa razy do tej samej rzeki, czy w tym przypadku morza, albo jakoś tak.
- Nie wiem, czy na całe szczęście, pewnie znaleźliby się i tacy, którzy ucieszyliby się z mojej śmierci, chociaż zdecydowanie nie jest to czas, w którym chciałabym umrzeć. - Była na to za młoda, miała całe życie przed sobą, masę potworów do zabicia...
Bulstrode bardzo szybko wróciła do siebie, do swojego normalnego zachowania. Najwyraźniej świetnie opanowała panowanie nad emocjami, wcale nie zaskoczyło to Gerry. Ruszyły w stronę wydm, bardzo dobrze, lepiej by znajdowały się jak najdalej od morza. Dała się ująć pod rękę, poczuła spokój, zapewne przez to, że Florence była taka opanowana. Jej dotyk spowodował, że i w Geraldine uspokoiły się emocje.
Psy szły za kobietami, co dziwne nawet nie uciekały od nich za bardzo, jakby również wyczuwały niebezpieczeństwo. Dobrze, bo nie był to odpowiedni moment na głupie poczynania. Jeszcze by im się stała krzywda, kto wie, czy w swoim menu syreny nie miały też psiaków.
Dotarły w odpowiednie miejsce, z dala od morza. Flo wyczarowała koc, na którym usiadła Geraldine. Wyciągnęła metalową papierośnicę z kieszeni spodni, jakże dobrze, że trzymała szlugi właśnie w czymś takim, bo jakimś cudem okazały się być suche, wsadziła sobie jednego do paszczy i odpaliła przy pomocy różdżki. Zaciągnęła się dymem, głęboko, tego najbardziej potrzebowała w tej chwili.