11.02.2024, 23:12 ✶
Byliście pewni dwóch skrajnie sprzecznych ze sobą rzeczy.
Pierwszą z nich było to, że nigdy wcześniej nie widzieliście tej kobiety; nie potrafiliście dopasować jej twarzy do żadnej znanej znanej wam osoby. Nawet jeśli jej oczy, albo kształt nosa wydawały wam się podobne do rysów kogoś wam bliskiego, myśli te szybko się rozpierzchały, zanim zdążyliście się ich chwycić. Z drugiej jednak strony, nie mogliście się wyzbyć wrażenia, że towarzyszyła wam przez całe wasze życia; że to właśnie ona tuliła was do piersi i uczyła stawiać pierwsze kroki, śpiewała kołysanki i czule gładziła wasze rozpalone gorączką czoła. W waszych wspomnieniach mieszała się z obrazami waszych matek - lub ich wyidealizowanego obrazu.
Dualistyczne odczucia - spokoju i sprzeciwu - oraz dziwna, niemożność ich wyrażenia (jakby coś ściskało was za gardło, gdy próbowaliście ubrać swoje myśli w słowa) sprawiały, że czuliście się bezbronni i bezradni niczym dzieci, które nie potrafią jeszcze werbalnie wyrażać swoich potrzeb. Kobieta to widziała i uśmiechała się do was wyrozumiale, mimo, że sama twarz miała poszarzałą ze zmęczenia.
— Mam wiele imion. Selene, Diana, Isztar, Hekate, Izyda, Demeter… — wyliczała, zżynając pszeniczne kłosy, które następnie rzucała pod swoje nogi. Choć robiła to z wielką wprawą, w jej ruchach widoczna była jakaś ociężałość, niewątpliwie spowodowana jej odmiennym stanem — Najczęściej jednak nazywają mnie po prostu Matką — dodała, w ten sposób niejako potwierdzając myśli Murthaga.
Na pytanie Septimy przerwała pracę, uklękła pośród zboża i zebrała dwa niewielkie pęczki zboża.
— To bardzo proste, Timmy. Najpierw powrosło, później cały snopek — skrzyżowała ze sobą pęczki, a następnie zaczęła oplatać jeden wokół drugiego, tworząc w ten sposób postronek. Później zebrała całe naręcze pszenicy - tak wielkie, że jej chude ramiona z trudem mogły je objąć - i ścisnęła je mocno, po czym przewiązała przygotowanym powrosłem. Gotowy snopek postawiła obok, sama zaś chwyciła znów za sierp, który wręczyła Leviathanowi z niemą prośbą - a może poleceniem - odbijającym się w jej oczach. Sierp był ciężki i zimny, a charakterystyczne ostrze w kształcie półkola wyglądało na świeżo naostrzone, lecz gdyby trafił na twoją skórę (bez względu, czy przypadkiem, czy celowym działaniem), nie wyrządziłby żadnej krzywdy. Jedynie otaczające was pole mu ulegało.
Sama kobieta skierowała teraz swoją uwagę na Murthaga.
— Zasłona oddzielająca materię od ducha — odparła cicho, nie siląc się na dodatkowe wyjaśnienia. Zamiast tego wyciągnęła ku niemu dłoń i pogłaskała po policzku. Dotyk miała ciepły i delikatny niczym muśnięcie skrzydeł motyla — Zasmuca mnie twoja droga, synu. Nie musisz być jednak czysty, by zasługiwać na moją miłość. Ona jest bezwarunkowa.
Pierwszą z nich było to, że nigdy wcześniej nie widzieliście tej kobiety; nie potrafiliście dopasować jej twarzy do żadnej znanej znanej wam osoby. Nawet jeśli jej oczy, albo kształt nosa wydawały wam się podobne do rysów kogoś wam bliskiego, myśli te szybko się rozpierzchały, zanim zdążyliście się ich chwycić. Z drugiej jednak strony, nie mogliście się wyzbyć wrażenia, że towarzyszyła wam przez całe wasze życia; że to właśnie ona tuliła was do piersi i uczyła stawiać pierwsze kroki, śpiewała kołysanki i czule gładziła wasze rozpalone gorączką czoła. W waszych wspomnieniach mieszała się z obrazami waszych matek - lub ich wyidealizowanego obrazu.
Dualistyczne odczucia - spokoju i sprzeciwu - oraz dziwna, niemożność ich wyrażenia (jakby coś ściskało was za gardło, gdy próbowaliście ubrać swoje myśli w słowa) sprawiały, że czuliście się bezbronni i bezradni niczym dzieci, które nie potrafią jeszcze werbalnie wyrażać swoich potrzeb. Kobieta to widziała i uśmiechała się do was wyrozumiale, mimo, że sama twarz miała poszarzałą ze zmęczenia.
— Mam wiele imion. Selene, Diana, Isztar, Hekate, Izyda, Demeter… — wyliczała, zżynając pszeniczne kłosy, które następnie rzucała pod swoje nogi. Choć robiła to z wielką wprawą, w jej ruchach widoczna była jakaś ociężałość, niewątpliwie spowodowana jej odmiennym stanem — Najczęściej jednak nazywają mnie po prostu Matką — dodała, w ten sposób niejako potwierdzając myśli Murthaga.
Na pytanie Septimy przerwała pracę, uklękła pośród zboża i zebrała dwa niewielkie pęczki zboża.
— To bardzo proste, Timmy. Najpierw powrosło, później cały snopek — skrzyżowała ze sobą pęczki, a następnie zaczęła oplatać jeden wokół drugiego, tworząc w ten sposób postronek. Później zebrała całe naręcze pszenicy - tak wielkie, że jej chude ramiona z trudem mogły je objąć - i ścisnęła je mocno, po czym przewiązała przygotowanym powrosłem. Gotowy snopek postawiła obok, sama zaś chwyciła znów za sierp, który wręczyła Leviathanowi z niemą prośbą - a może poleceniem - odbijającym się w jej oczach. Sierp był ciężki i zimny, a charakterystyczne ostrze w kształcie półkola wyglądało na świeżo naostrzone, lecz gdyby trafił na twoją skórę (bez względu, czy przypadkiem, czy celowym działaniem), nie wyrządziłby żadnej krzywdy. Jedynie otaczające was pole mu ulegało.
Sama kobieta skierowała teraz swoją uwagę na Murthaga.
— Zasłona oddzielająca materię od ducha — odparła cicho, nie siląc się na dodatkowe wyjaśnienia. Zamiast tego wyciągnęła ku niemu dłoń i pogłaskała po policzku. Dotyk miała ciepły i delikatny niczym muśnięcie skrzydeł motyla — Zasmuca mnie twoja droga, synu. Nie musisz być jednak czysty, by zasługiwać na moją miłość. Ona jest bezwarunkowa.
adnotacja moderatora
Proszę o odpis do czwartku (15.02) do godziny 12