Poczekał, aż wpuści go do środka. Rozejrzał się po wnętrzu jej mieszkania. Spoglądał na ściany, na zdjęcia jeśli jakieś były, na wszystko, co było wokół, ale nie robił tego nachalnie, natarczywie, a jedynie dyskretnie i z kapką ciekawości. Wszystko było takie przyjemnie urocze, stare i niepozorne. Usiadł na kanapie, co nie było dla niego za wygodne. Zdecydowanie lepiej czułby się stojąc, opierając się o coś, ale nie siedząc. Nie lubił siedzieć. Lubił żyć w ruchu, wolał działać, chodzić i robił to często przy rozmowach.
– Myślę, że tego mężczyznę pamiętasz. Chodzi o Tymoteusa Salta. Masz z nim jeszcze kontakt? Wiesz, gdzie go znajdę? – spojrzał w jej oczy. Były zdecydowanie inne niż jego własne.
Vincent miał oczy ciemne, jak wściekał się były czarne, bo źrenica zlewała się z odcieniem brązu jego tęczówek. Jednak, gdy się uśmiechał były ciepłe, przyjemne, niepozorne. Zazwyczaj osoby o brązowych oczach wyglądały na dobre, przyjemne, pocieszne wręcz. Oczy Collete były chłodne, morskie, przypominały wręcz wiosenną bryzę nad morzem.
Wyciągnął z kieszeni stare zdjęcie przedstawiające Salta i innych marynarzy. Palcem wskazał o kogo mu chodzi i podsunął fotografię kobiecie.
– Jest teraz trochę starszy – dodał jeszcze – Wiem, że to on pomógł ci wydostać się z Nokturnu – przyglądał się jej uważnie, jej twarzy, mimice, zmianach, które mogą pojawić się na jej twarzy, gdy wspomniał o tym mężczyźnie.