12.02.2024, 16:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 04.03.2024, 12:52 przez Samuel McGonagall.)
Powinno mu zależeć i mu zależało. Szczury były ujmą dla miejsca, w którym dawano jedzenie. Szczury były atakiem już nie na niego, ale na Lizzy, która była jego dobrodziejką.
A on — o czym być może, a raczej na pewno Neil nie wiedział — był wykidajłą tego miejsca.
Podszedł do niego i już nic nie mówił, jego błękitne oczy, chłodne jak mroźne niebo w środku lata, zakotwiczyły się na nieznajomym, a potem jednym sprawnym ruchem złapał go za kołnierz i wyciągnął przez główne wejście w asyście gwizdów i śmiechów, podsypiających wcześniej stałych bywalców.
Jego kroki były przysadziste, a wejście od zewnątrz wyglądało na zdecydowanie węższe niż przestrzeń w środku. Dwa kroki wystarczyły, by odbił na boczną ścianę z przylegającą doń wąską ścieżynką na zaplecze z ogródkiem i szopą w której sypiał. Z dala od opustoszałej i tak ulicy, ale po co sceny robić publicznie, skoro można je w pewnym sensie czynić prywatnie.
Jak szmacianą lalkę, pchnął Neilem o ścianę, drugą ręką również chwycił go za kołnierz, pilnując, by facet nie sięgnął po różdżkę. Naparł na niego, unosząc go trochę po drewnianej ścianie, wściekle odsłaniając zęby. Może to kwestia pory, może to ten dzień, może brak rozciągnięcia w zwierzęcej formie...
Ich nosy niemal się stykały, a Sam w swojej wściekłości zachłysnął się ziemistym, w esencji zwierzęcym zapachem Neila. Nie był świadomy, że grozi właśnie wilkołakowi, nie byłby w stanie na samej tej podstawie określić, że ktoś obłożony jest tą akurat klątwą. Ale podskórnie ów magnetyzm dziecka Luny, przekleństwa tak bliskiego animagii, to sprawiało, że łatwo było adrenalinę wściekłości pomylić z innym pobudzeniem.
– To był Twój ostatni szczur. Nie będziesz mi Lizzy szykanować. – wycedził, nie odrywając oczu od Neila, bardzo się starając by nie uciekły w dół, do pyskatych ust, które zaraz na pewno, będą chciały się odszczekać...
A on — o czym być może, a raczej na pewno Neil nie wiedział — był wykidajłą tego miejsca.
Podszedł do niego i już nic nie mówił, jego błękitne oczy, chłodne jak mroźne niebo w środku lata, zakotwiczyły się na nieznajomym, a potem jednym sprawnym ruchem złapał go za kołnierz i wyciągnął przez główne wejście w asyście gwizdów i śmiechów, podsypiających wcześniej stałych bywalców.
Jego kroki były przysadziste, a wejście od zewnątrz wyglądało na zdecydowanie węższe niż przestrzeń w środku. Dwa kroki wystarczyły, by odbił na boczną ścianę z przylegającą doń wąską ścieżynką na zaplecze z ogródkiem i szopą w której sypiał. Z dala od opustoszałej i tak ulicy, ale po co sceny robić publicznie, skoro można je w pewnym sensie czynić prywatnie.
Jak szmacianą lalkę, pchnął Neilem o ścianę, drugą ręką również chwycił go za kołnierz, pilnując, by facet nie sięgnął po różdżkę. Naparł na niego, unosząc go trochę po drewnianej ścianie, wściekle odsłaniając zęby. Może to kwestia pory, może to ten dzień, może brak rozciągnięcia w zwierzęcej formie...
Ich nosy niemal się stykały, a Sam w swojej wściekłości zachłysnął się ziemistym, w esencji zwierzęcym zapachem Neila. Nie był świadomy, że grozi właśnie wilkołakowi, nie byłby w stanie na samej tej podstawie określić, że ktoś obłożony jest tą akurat klątwą. Ale podskórnie ów magnetyzm dziecka Luny, przekleństwa tak bliskiego animagii, to sprawiało, że łatwo było adrenalinę wściekłości pomylić z innym pobudzeniem.
– To był Twój ostatni szczur. Nie będziesz mi Lizzy szykanować. – wycedził, nie odrywając oczu od Neila, bardzo się starając by nie uciekły w dół, do pyskatych ust, które zaraz na pewno, będą chciały się odszczekać...
Rzut Z 1d100 - 88
Sukces!
Sukces!