12.02.2024, 17:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.02.2024, 09:15 przez Samuel McGonagall.)
Tylko przez moment cwałowali pod okapem grubych gałęzi, ciężkich liści i ostrych igiełek. Chciał, by było jej wygodnie, chciał złożyć ją pośród wonnych wrzosowych pościeli i tak tez się to stało. Wypadli na polanę, przestrzeń, wzgórze tylko trochę zmącone ruinkami pierwszych domów, które ktoś osadził w Dolinie. W oddali mieli widok na jezioro i miasteczko, które powoli, acz niechętnie układało się do snu. Ale najważniejsze, że nad nimi rozciągał się wszechświat.
Samuel jednak nie chciał oglądać z Norą gwiazd tej nocy, ponieważ ona była jego najjaśniejszą gwiazdą, jego Słońcem pośród nocy i ciemności. Jej śmiech harmonią wszechświata, jej dotyk wyznaczał trajektoria istnienia. I choć mógłby biec tak do utraty sił, czując jej palce wplecione w grube futro i słodki ciężar na niedźwiedzich plecach, bardzo łatwo przyszło mu podjąć decyzję.
Wyszedł z formy równie nagle jak w nią wszedł. Kobieta zachwiała się lekko, a on stracił równowagę i przez moment koziołkowali pośród wrzosów, które ochoczo wplatały się w ich jasne włosy. Żałował, że jego nie są dłuższe, że nie mogli splatać ich sobie wzajem w warkocze, łączyć się nierozerwalną nicią w ten niewinny jeszcze, dziecięcy sposób.
Ale teraz nie byli już dziećmi i czuł to z pełną mocą, gdy śmiejąc się turlali się półnadzy, szukając oddechu i drogi, jedynej słusznej.
Zawisł nad nią tylko na moment, odgarnął zapodziany włos, patrząc na mimowolny nocnym fioletem malowany wianek.
Nie śmiał myśleć, że jest jego na wieki, ale tej nocy był pewien chwili, pewien miłości, którą czytał w szeroko rozwartych oczach i która... bardzo na to liczył... odbijała się również w jego jasnych tęczówkach.
Nie powiedział "kocham". Zamknął odległość między ich rozchylonymi wargami, by to wyznanie, w nadziei wzajemności skąpane, pozostało z nimi, tak piękne, że aż niemożliwe do wysłowienia.
Samuel jednak nie chciał oglądać z Norą gwiazd tej nocy, ponieważ ona była jego najjaśniejszą gwiazdą, jego Słońcem pośród nocy i ciemności. Jej śmiech harmonią wszechświata, jej dotyk wyznaczał trajektoria istnienia. I choć mógłby biec tak do utraty sił, czując jej palce wplecione w grube futro i słodki ciężar na niedźwiedzich plecach, bardzo łatwo przyszło mu podjąć decyzję.
Wyszedł z formy równie nagle jak w nią wszedł. Kobieta zachwiała się lekko, a on stracił równowagę i przez moment koziołkowali pośród wrzosów, które ochoczo wplatały się w ich jasne włosy. Żałował, że jego nie są dłuższe, że nie mogli splatać ich sobie wzajem w warkocze, łączyć się nierozerwalną nicią w ten niewinny jeszcze, dziecięcy sposób.
Ale teraz nie byli już dziećmi i czuł to z pełną mocą, gdy śmiejąc się turlali się półnadzy, szukając oddechu i drogi, jedynej słusznej.
Zawisł nad nią tylko na moment, odgarnął zapodziany włos, patrząc na mimowolny nocnym fioletem malowany wianek.
Nie śmiał myśleć, że jest jego na wieki, ale tej nocy był pewien chwili, pewien miłości, którą czytał w szeroko rozwartych oczach i która... bardzo na to liczył... odbijała się również w jego jasnych tęczówkach.
Nie powiedział "kocham". Zamknął odległość między ich rozchylonymi wargami, by to wyznanie, w nadziei wzajemności skąpane, pozostało z nimi, tak piękne, że aż niemożliwe do wysłowienia.