12.02.2024, 18:12 ✶
Upadek należał do tych z rodzaju gwałtownych, jednak nie przyczynił się do większych obrażeń fizycznych u Rabastana. Co najwyżej ucierpiała jego domu i przekonanie, że ludziom jego pokroju nie wypada padać na podłogę w miejscach publicznych. A winda na swój wyjątkowy sposób za takowe aktualnie uchodziła. Na drobnych zadrapaniach i guzie z tyłu głowy pewnie się skończy. O ile to nie adrenalina i szok z całego zajścia blokowała jego odczuwanie nieznośnego bólu...
— Matko Naturo! — krzyknął Rabastan, gdy winda zaczęła zjeżdżać w dół.
Chciał zamknąć oczy, skulić się w kłębek i po prostu pozwolić, aby kolejne wydarzenia działy się bez jego udziału. Nie chciał pamiętać upadku, poczucia narastającej prędkości metalowej puszki w jakiej byli zamknięci... Tyle że nie potrafił odwrócić wzroku od Peppy. Ten jeden moment, gdy jakby się zdawało, otarli się o śmierć, dał mu swego rodzaju wgląd w autentyczną Peppę. Tę, która instynktownie rzuciła się ku niemu, pragnąc w swoich ostatnich chwilach zaznać bliskości drugiego człowieka. Było w tym coś tak ludzkiego, że poruszyło go do głębi i...
Wtedy rozbłysły światła z atrium, przywołując go do rzeczywistości. Rozłożył ręce na boki i zamarł, czekając, aż młoda Potterówna z niego zejdzie. Dopiero gdy wydostała się z windy i przeszła na korytarz, podniósł się powoli z podłogi. Kręciło mu się w głowie i czuł dziwną mieszankę wdzięczności i przerażenia tym, jak blisko był tego, aby faktycznie zacząć błagać wszystkie bóstwa tego świata o oszczędzenie go. Rozważał podziękowanie swoim wybawcom i szybkie ulotnienie się, jednak reakcja Peppy uświadomiła mu, że trzeba było utrzeć im nosa.
— Mój ojciec o tym usłyszy — zapowiedział, dołączając do niej i wymachując palcem wskazującym przed twarzami pracowników Ministerstwa Magii. — Czy wy wiecie, kim jest mój ojciec? — Oparł dłonie na biodrach, lustrując rozgorączkowanym spojrzeniem obu mężczyzn. Ci jednak spojrzeli po sobie, nie do końca rozumiejąc, o co cały ten krzyk. Przyszli, naprawiali, wydostali ich, więc przecież wszystko było w porządku, prawda? No właśnie nie! — Mój ojciec... Mój ojciec... Jeszcze zobaczycie. Zobaczycie, zobaczymy się razem w sądzie. Nie wypłacicie się do końca życia, z tej swojej pożal się Merlinowi pensji.
Pokiwał głową, tupnął nogę o posadzkę dla podkreślenia wagi swoich słów i ujął Peppę za przedramię, prowadząc ich w stronę najbliższego wyjścia. Korciło go, żeby się obejrzeć przez ramię i zobaczyć na własne oczy miny tych idiotów, jednak nie zamierzał przerywać grę. Oczywiście, jego kochany ojciec nic nie zrobi. W Ministerstwie nie miał na dobrą sprawę żadnej władzy, ale... Oni tego nie wiedzieli. Mogli pożyć parę dni w strachu.
— To było ekhm... Coś — stwierdził, gdy oddalili się na bezpieczną odległość. Poprawił poły swojej bluzy, zarzucając na głowę kaptur. Uśmiechnął się minimalnie. — Wszystko w porządku? — Obejrzał ją od stóp do głów. — Jeśli będziesz szła do lekarza po tym incydencie, to powołaj się na mojego ojca Reynarda. Przesunął cię na początek kolejki.
Skłonił się przed nią lekko. W gruncie rzeczy był gotów zakończyć na tym etapie jej przygodę. Szybkie pożegnanie, niezobowiązująca obietnica spotkania ''w innych okolicznościach'' i oboje będą mogli ruszyć w swoją stronę. W końcu: po całym tym czasie, jaki stracili przez złą konwersację wind w Ministerstwie Magii.
— Matko Naturo! — krzyknął Rabastan, gdy winda zaczęła zjeżdżać w dół.
Chciał zamknąć oczy, skulić się w kłębek i po prostu pozwolić, aby kolejne wydarzenia działy się bez jego udziału. Nie chciał pamiętać upadku, poczucia narastającej prędkości metalowej puszki w jakiej byli zamknięci... Tyle że nie potrafił odwrócić wzroku od Peppy. Ten jeden moment, gdy jakby się zdawało, otarli się o śmierć, dał mu swego rodzaju wgląd w autentyczną Peppę. Tę, która instynktownie rzuciła się ku niemu, pragnąc w swoich ostatnich chwilach zaznać bliskości drugiego człowieka. Było w tym coś tak ludzkiego, że poruszyło go do głębi i...
Wtedy rozbłysły światła z atrium, przywołując go do rzeczywistości. Rozłożył ręce na boki i zamarł, czekając, aż młoda Potterówna z niego zejdzie. Dopiero gdy wydostała się z windy i przeszła na korytarz, podniósł się powoli z podłogi. Kręciło mu się w głowie i czuł dziwną mieszankę wdzięczności i przerażenia tym, jak blisko był tego, aby faktycznie zacząć błagać wszystkie bóstwa tego świata o oszczędzenie go. Rozważał podziękowanie swoim wybawcom i szybkie ulotnienie się, jednak reakcja Peppy uświadomiła mu, że trzeba było utrzeć im nosa.
— Mój ojciec o tym usłyszy — zapowiedział, dołączając do niej i wymachując palcem wskazującym przed twarzami pracowników Ministerstwa Magii. — Czy wy wiecie, kim jest mój ojciec? — Oparł dłonie na biodrach, lustrując rozgorączkowanym spojrzeniem obu mężczyzn. Ci jednak spojrzeli po sobie, nie do końca rozumiejąc, o co cały ten krzyk. Przyszli, naprawiali, wydostali ich, więc przecież wszystko było w porządku, prawda? No właśnie nie! — Mój ojciec... Mój ojciec... Jeszcze zobaczycie. Zobaczycie, zobaczymy się razem w sądzie. Nie wypłacicie się do końca życia, z tej swojej pożal się Merlinowi pensji.
Pokiwał głową, tupnął nogę o posadzkę dla podkreślenia wagi swoich słów i ujął Peppę za przedramię, prowadząc ich w stronę najbliższego wyjścia. Korciło go, żeby się obejrzeć przez ramię i zobaczyć na własne oczy miny tych idiotów, jednak nie zamierzał przerywać grę. Oczywiście, jego kochany ojciec nic nie zrobi. W Ministerstwie nie miał na dobrą sprawę żadnej władzy, ale... Oni tego nie wiedzieli. Mogli pożyć parę dni w strachu.
— To było ekhm... Coś — stwierdził, gdy oddalili się na bezpieczną odległość. Poprawił poły swojej bluzy, zarzucając na głowę kaptur. Uśmiechnął się minimalnie. — Wszystko w porządku? — Obejrzał ją od stóp do głów. — Jeśli będziesz szła do lekarza po tym incydencie, to powołaj się na mojego ojca Reynarda. Przesunął cię na początek kolejki.
Skłonił się przed nią lekko. W gruncie rzeczy był gotów zakończyć na tym etapie jej przygodę. Szybkie pożegnanie, niezobowiązująca obietnica spotkania ''w innych okolicznościach'' i oboje będą mogli ruszyć w swoją stronę. W końcu: po całym tym czasie, jaki stracili przez złą konwersację wind w Ministerstwie Magii.