12.02.2024, 19:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2024, 20:16 przez Brenna Longbottom.)
– Niczego nie dotknę, nie będę niepotrzebnie czarować i tak dalej – obiecała, przez moment sądząc, że dojdą do porozumienia.
Niestety, Rodolphus Lestrange okazał się większym uparciuchem niż ona, a i może skłonnościami do szaleństwa? A to było osiągnięcie: tak wielkie osiągnięcie, że byłaby pod prawdziwym wrażeniem, gdyby teraz niepotrzebnie nie tracili czasu, który był być może bardzo cenny. Kiedy najpierw wspomniał o tych „latach” wydała z siebie cichy dźwięk, trochę, jakby się dławiła, a w istocie po prostu powstrzymała histeryczny śmiech, na które nie mogła sobie tutaj pozwolić – przełknęła go, zdusiła w gardle, nie pozwalając, by wydostał się z ust. A potem to już przeszedł sam siebie oświadczając, że w takim wypadku on idzie przodem, bo nikogo nie będzie mu szkoda. Brenna była nieświadoma jego osobistych kryzysów, nie znała jego myśli o tym, co to mu zrobią w Ministerstwie, jeśli wyjdzie stąd sam jeden i że kto wie, czy nie doszukają się wtedy pewnego znaku na jego ręku, więc wniosek w tym widziała jeden: oszalał. Kompletnie oszalał.
- Nie obchodzi mnie, czy będzie po tobie płakać legion ludzi, a kondukt żałobny pociągnie się przez całą Pokątną, czy załka tylko twój skrzat domowy. Prędzej mnie szlag jasny strzeli niż dam ci tak zaryzykować, bo obchodzi mnie, żebyś ty przeżył, a nie żeby ktoś po tobie nie płakał - stwierdziła, bardzo starając się nie poddać irytacji.
Co ją obchodziło, że nikt nie przyjąłby się jego śmiercią? To znaczy normalnie by mu współczuła, bo miał przecież rodzinę i to nie było normalne, aby uważał, że nikt nie będzie po nim płakać, ale w tej chwili mieli na głowie trochę ważniejsze sprawy. Oczywiście, w przypadku wujka mocna była motywacja związana z tym, jak umarł Derwin. Ale w przypadku Rodolphusa liczyło się tylko to, że był młody, był naukowcem, nie kimś szkolnym do walki, i był w tej chwili, w oczach Brenny przynajmniej, pod jej opieką.
Odetchnęła z pewną ulgą, gdy wujek przestał się upierać i posłała mu uśmiech. Istniała spora szansa, że Lestrangowi zrobi się na ten widok niedobrze, bo Brenna nieźle skrywała strach czy niepewność, ale uczucia już bardzo słabo - i teraz w tym uśmiechu, w spojrzeniu, w mimice, czaiła się pewna czułość.
- Dobrze wiesz, że lubię grać nieuczciwie, kiedy bardzo mi zależy - powiedziała, a potem nie przedłużając już ruszyła do przodu.
Wbrew ich obawom nie pognała na łeb na szyję, a szła powoli, stawiając nogi tak, by podłoga nie zaskrzypiała pod butami. Nie dotykała ścian, nie dotykała przedmiotów, chociaż jej wzrok prześlizgiwał się po nich, gdy je mijała, a palce zaciskała na różdżce, lekko uniesionej, by w razie czego szybko rzucić zaklęcie. Odbiła nieco bliżej jednej ze ścian, ale tylko po ty, by zajrzeć za róg z w miarę bezpiecznej pozycji, pozwalającej na dojrzenie tego, co się tam znajdowało, bez wkraczania od razu do pomieszczenia i szybkie cofnięcie się w razie czego.
Dobrze zrobiła.
Nie zdążyła zobaczyć, co dokładnie się dzieje, ale w jej stronę poleciał czar – odruchowo rzuciła się na bok, z powrotem ku mężczyznom, a zaklęcie walnęło w ścianę tam, gdzie chwilę wcześniej była jej głowa. Uniosła różdżkę, wyczarowując tarczę, o którą rozbił się kolejny czar.
Rozległ się tupot, trzask – ktoś wbiegał po schodach? Zbiegał z nich? A może coś jeszcze innego? Przez półmrok ciężko było od razu to stwierdzić.
Morpheusa tym czasem nawiedziła wizja mężczyzny wbiegającego na górę - i był już pewien, w tym domu był jakiś czarodziej. Zobaczył zaledwie strzępki: nogi na stopniach, a potem machnięcie różdżką w stronę tych stopni... próbował naszykować dla nich jakąś niespodziankę na schodach?
Rodolphusowi zdało się natomiast, że przez ułamek sekundy widzi, jak dywan, którego nie było w tym drugim domu, z którego tu przyszli, drgnął gdzieś przed nimi - może to była jakaś pułapka?
Rzut na to, co jest za zakrętem
Rzuty na af i rozproszenie
Niestety, Rodolphus Lestrange okazał się większym uparciuchem niż ona, a i może skłonnościami do szaleństwa? A to było osiągnięcie: tak wielkie osiągnięcie, że byłaby pod prawdziwym wrażeniem, gdyby teraz niepotrzebnie nie tracili czasu, który był być może bardzo cenny. Kiedy najpierw wspomniał o tych „latach” wydała z siebie cichy dźwięk, trochę, jakby się dławiła, a w istocie po prostu powstrzymała histeryczny śmiech, na które nie mogła sobie tutaj pozwolić – przełknęła go, zdusiła w gardle, nie pozwalając, by wydostał się z ust. A potem to już przeszedł sam siebie oświadczając, że w takim wypadku on idzie przodem, bo nikogo nie będzie mu szkoda. Brenna była nieświadoma jego osobistych kryzysów, nie znała jego myśli o tym, co to mu zrobią w Ministerstwie, jeśli wyjdzie stąd sam jeden i że kto wie, czy nie doszukają się wtedy pewnego znaku na jego ręku, więc wniosek w tym widziała jeden: oszalał. Kompletnie oszalał.
- Nie obchodzi mnie, czy będzie po tobie płakać legion ludzi, a kondukt żałobny pociągnie się przez całą Pokątną, czy załka tylko twój skrzat domowy. Prędzej mnie szlag jasny strzeli niż dam ci tak zaryzykować, bo obchodzi mnie, żebyś ty przeżył, a nie żeby ktoś po tobie nie płakał - stwierdziła, bardzo starając się nie poddać irytacji.
Co ją obchodziło, że nikt nie przyjąłby się jego śmiercią? To znaczy normalnie by mu współczuła, bo miał przecież rodzinę i to nie było normalne, aby uważał, że nikt nie będzie po nim płakać, ale w tej chwili mieli na głowie trochę ważniejsze sprawy. Oczywiście, w przypadku wujka mocna była motywacja związana z tym, jak umarł Derwin. Ale w przypadku Rodolphusa liczyło się tylko to, że był młody, był naukowcem, nie kimś szkolnym do walki, i był w tej chwili, w oczach Brenny przynajmniej, pod jej opieką.
Odetchnęła z pewną ulgą, gdy wujek przestał się upierać i posłała mu uśmiech. Istniała spora szansa, że Lestrangowi zrobi się na ten widok niedobrze, bo Brenna nieźle skrywała strach czy niepewność, ale uczucia już bardzo słabo - i teraz w tym uśmiechu, w spojrzeniu, w mimice, czaiła się pewna czułość.
- Dobrze wiesz, że lubię grać nieuczciwie, kiedy bardzo mi zależy - powiedziała, a potem nie przedłużając już ruszyła do przodu.
Wbrew ich obawom nie pognała na łeb na szyję, a szła powoli, stawiając nogi tak, by podłoga nie zaskrzypiała pod butami. Nie dotykała ścian, nie dotykała przedmiotów, chociaż jej wzrok prześlizgiwał się po nich, gdy je mijała, a palce zaciskała na różdżce, lekko uniesionej, by w razie czego szybko rzucić zaklęcie. Odbiła nieco bliżej jednej ze ścian, ale tylko po ty, by zajrzeć za róg z w miarę bezpiecznej pozycji, pozwalającej na dojrzenie tego, co się tam znajdowało, bez wkraczania od razu do pomieszczenia i szybkie cofnięcie się w razie czego.
Dobrze zrobiła.
Nie zdążyła zobaczyć, co dokładnie się dzieje, ale w jej stronę poleciał czar – odruchowo rzuciła się na bok, z powrotem ku mężczyznom, a zaklęcie walnęło w ścianę tam, gdzie chwilę wcześniej była jej głowa. Uniosła różdżkę, wyczarowując tarczę, o którą rozbił się kolejny czar.
Rozległ się tupot, trzask – ktoś wbiegał po schodach? Zbiegał z nich? A może coś jeszcze innego? Przez półmrok ciężko było od razu to stwierdzić.
Morpheusa tym czasem nawiedziła wizja mężczyzny wbiegającego na górę - i był już pewien, w tym domu był jakiś czarodziej. Zobaczył zaledwie strzępki: nogi na stopniach, a potem machnięcie różdżką w stronę tych stopni... próbował naszykować dla nich jakąś niespodziankę na schodach?
Rodolphusowi zdało się natomiast, że przez ułamek sekundy widzi, jak dywan, którego nie było w tym drugim domu, z którego tu przyszli, drgnął gdzieś przed nimi - może to była jakaś pułapka?
Rzut na to, co jest za zakrętem
Rzuty na af i rozproszenie
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.