12.02.2024, 21:16 ✶
- Och, dlaczego? Wiesz przecież, że uwielbiam sztukę, a Loretta jest niewątpliwie jedną z bardziej utalentowanych malarek, których prace miałam okazję kiedykolwiek oglądać. Myślę, że taki obraz niewątpliwie przyniósłby jej zasłużony rozgłos - Camille czuła się w jego towarzystwie bardzo swobodnie. I o ile w szpitalu zachowywała dystans niemal do każdej osoby, z którą rozmawiała, tak po pracy było inaczej, choć, prawdę mówiąc, rzadko zdarzało się, żeby mogła sobie pozwolić nawet na te dwie, trzy godziny rozmowy z kimś z pracy. Z reguły kończyli o różnych porach, a po dyżurze każdy się spieszył do rodziny. No właśnie, rodziny... Rodzina była bardzo skomplikowaną, złożoną kwestią niemal u każdego czystokrwistego. Czy jej matka by pochwaliła fakt, że tak po prostu rozmawia z kimś z pracy, zamiast chadzać na bankiety, by szukać młody i obiecujący materiał na męża? Bynajmniej. Ale fakt, że coś mogło doprowadzić panią Delacour do białej gorączki, tylko podsycał dobry humor blondynki. - To chyba nieodłączna część posiadania rodzeństwa, zwykle młodszego. Z reguły na najstarszych ciążą przeróżne obowiązki, jak przedłużenie linii rodu, utrzymanie dobrej pracy... Czy "bycie mądrzejszym", cokolwiek to znaczy.
Nienawidziła tego frazesu, uważała że to niedopuszczalne, by pobłażać młodszym tylko dlatego, że ci mieli mniej lat. Przekładała to na siebie i przekładała to na innych w pracy. Może nie wymagała nie wiadomo jakiegoś doświadczenia czy wiedzy, bo w końcu różnica wieku robiła swoje, lecz przecież trzeba było wymagać od młodych, by poszukiwali wiedzy i rozwiązań - inaczej się nie nauczą samodzielności.
Słuchała uważnie, gdy tłumaczył swoje postępowanie. Nie była w stanie ukryć uniesienia kącika ust, gdy przyznał, że tak, to o nią chodziło. I że ponoć coś to dawało - lecz jednocześnie zbił ten argument i sam sobie wytrącił broń z ręki, gdy przyznał, że robi to po to, by zaimponować ojcu. Delacour westchnęła cicho, bo doskonale wiedziała, jak czuje się Laurence. Z tym, że ona wyrwała się z tego błędnego koła: trochę przez własny upór, a trochę przez zrządzenie losu i naturalny dar do zaklęć uzdrawiających.
- Wiem, że to bezcelowe, bo pewnie to wiesz, ale jedyną osobą, której powinieneś coś udowadniać, jesteś ty sam - powiedziała w końcu, wysłuchując go do końca. - Jest takie przysłowie, chyba mugolskie... A może to zwykłe powiedzenie i logika? Tylko twoja rodzina będzie pamiętać fakt, że zabierałeś pracę do domu i nie miałeś dla niej czasu.
Ach, co za bezczelna hipokrytka. Ona, która wrzucała sobie w grafik niemal każdy dyżur, a po pracy biegła ćwiczyć rozpoznawanie i łamanie klątw. Ona, która ledwo miała czas na sen i jedzenie w równych odstępach czasu - ona właśnie pouczała Lestrange'a o tym, że tylko rodzina będzie pamiętać o tym, że ten się przepracowuje. Ale istniała jedna, subtelna różnica między nimi: ona swoją rodzinę zostawiła daleko, i wcale nie wyglądało na to, by planowała założyć swoją. Jeżeli by się nad tym zastanowić, to być może celowo unikała brylowania na bankietach i celowo nie reprezentowała swojej rodziny w Anglii, zasłaniając się właśnie... Pracą. Hipokryzja na całego, proszę państwa.
Gdy kelner przyniósł im wino, Camille uśmiechnęła się lekko. Ten uśmiech różnił się od tego, który prezentowała osobom bliskim. Był sztuczny i wymuszony, acz uprzejmy - tylko wprawne oko mogło dostrzec subtelne różnice w jej posturze, mimice i w oczach. Delacour była chowana, trochę jak bydło w rzeźni - siedź prosto, łokcie przy sobie, nie używaj tego widelca do kaczki a tego do ryby, na Merlina i Matkę Camille błagam, serwetka nie może być zagięta!
- O? - wydawała się zaskoczona. Tak bardzo, że ręka trzymająca szkło zadrżała lekko i tylko fakt, że wino było nalane w odpowiedniej ilości, sprawił że nie rozlała trunku. - Chcesz całkowicie zmienić zawód, czy po prostu opuścić szpital?
Dla niej Mung był ogromną okazją do tego, by się rozwijać. Nigdzie indziej nie znalazłaby tyle naukowego wsparcia i pomocy, niż tu. Ale być może Laurence już tego nie potrzebował?
Nienawidziła tego frazesu, uważała że to niedopuszczalne, by pobłażać młodszym tylko dlatego, że ci mieli mniej lat. Przekładała to na siebie i przekładała to na innych w pracy. Może nie wymagała nie wiadomo jakiegoś doświadczenia czy wiedzy, bo w końcu różnica wieku robiła swoje, lecz przecież trzeba było wymagać od młodych, by poszukiwali wiedzy i rozwiązań - inaczej się nie nauczą samodzielności.
Słuchała uważnie, gdy tłumaczył swoje postępowanie. Nie była w stanie ukryć uniesienia kącika ust, gdy przyznał, że tak, to o nią chodziło. I że ponoć coś to dawało - lecz jednocześnie zbił ten argument i sam sobie wytrącił broń z ręki, gdy przyznał, że robi to po to, by zaimponować ojcu. Delacour westchnęła cicho, bo doskonale wiedziała, jak czuje się Laurence. Z tym, że ona wyrwała się z tego błędnego koła: trochę przez własny upór, a trochę przez zrządzenie losu i naturalny dar do zaklęć uzdrawiających.
- Wiem, że to bezcelowe, bo pewnie to wiesz, ale jedyną osobą, której powinieneś coś udowadniać, jesteś ty sam - powiedziała w końcu, wysłuchując go do końca. - Jest takie przysłowie, chyba mugolskie... A może to zwykłe powiedzenie i logika? Tylko twoja rodzina będzie pamiętać fakt, że zabierałeś pracę do domu i nie miałeś dla niej czasu.
Ach, co za bezczelna hipokrytka. Ona, która wrzucała sobie w grafik niemal każdy dyżur, a po pracy biegła ćwiczyć rozpoznawanie i łamanie klątw. Ona, która ledwo miała czas na sen i jedzenie w równych odstępach czasu - ona właśnie pouczała Lestrange'a o tym, że tylko rodzina będzie pamiętać o tym, że ten się przepracowuje. Ale istniała jedna, subtelna różnica między nimi: ona swoją rodzinę zostawiła daleko, i wcale nie wyglądało na to, by planowała założyć swoją. Jeżeli by się nad tym zastanowić, to być może celowo unikała brylowania na bankietach i celowo nie reprezentowała swojej rodziny w Anglii, zasłaniając się właśnie... Pracą. Hipokryzja na całego, proszę państwa.
Gdy kelner przyniósł im wino, Camille uśmiechnęła się lekko. Ten uśmiech różnił się od tego, który prezentowała osobom bliskim. Był sztuczny i wymuszony, acz uprzejmy - tylko wprawne oko mogło dostrzec subtelne różnice w jej posturze, mimice i w oczach. Delacour była chowana, trochę jak bydło w rzeźni - siedź prosto, łokcie przy sobie, nie używaj tego widelca do kaczki a tego do ryby, na Merlina i Matkę Camille błagam, serwetka nie może być zagięta!
- O? - wydawała się zaskoczona. Tak bardzo, że ręka trzymająca szkło zadrżała lekko i tylko fakt, że wino było nalane w odpowiedniej ilości, sprawił że nie rozlała trunku. - Chcesz całkowicie zmienić zawód, czy po prostu opuścić szpital?
Dla niej Mung był ogromną okazją do tego, by się rozwijać. Nigdzie indziej nie znalazłaby tyle naukowego wsparcia i pomocy, niż tu. Ale być może Laurence już tego nie potrzebował?