Fakt - zawsze jej bronił. Prawde mówiąc nie tylko jej, bronił każdego kto tej pomocy potrzebował. Kwestia była tylko taka, że za Pandorą mógł przypadkiem (lub też nie) podążać wzrokiem aby mieć 100 procentową pewność, że aby na pewno nie dzieje jej się krzywda - Powinna sobie znaleźć kogoś w swoim wieku. Kogoś z kim złapie wspólny język i będzie mogła żyć długo i szczęśliwie - skwitował, oddzielając się grubą linią od jakiegokolwiek związku z Deniz. Tę linię określiłby jako odcinek około 4000, a może 4500 km jakie dzieliły Turcję i Islandię. Dodatkowo był to bufor bezpieczeństwa, który powinien działać tak jak to sobie Hjalmar założył... No chyba, że Prewettówna zamierzałaby sprzedać nazwę jego rodzinnej miejscowości Deniz... Wtedy to klękajcie narody - nie będzie ratunku.
Nie przyzwyczaił się, a jej słowa - zwłaszcza te, które wprowadzały go w zdumienie - były zaskoczeniem, którego jednak szło uniknąć. Wystarczyło połączyć pewne kropki i można było ujrzeć utarty schemat działania Pandory. Do tego potrzebny był otwarty umysł, a nie takie który jeszcze dobrych kilkanaście minut temat, staczał się w próbie zwalczenia kaca. Gdyby Hjalmar chciał aby dała sobie spokój to zapewniłby ją o tym - dokonując rytualnego aktu utopienia jej w którymś z wodnych ośrodków, wszak okazji miał już co najmniej kilka... I z każdej z nich, Turczynka wychodziła bez żadnego szwanku.
Mogła pytać o co by tylko chciała i miałaby tylko dwie możliwości na odpowiedź - może trzy. Pierwszą byłaby długo wyczekiwana odpowiedź prosto z serca. Druga to byłaby próba obrócenia kota ogonem lub zmiany tematu, a trzecia to pomruk niezadowolenia mówiący że coś jest na rzeczy. Hjalmar co by nie mówić nie był taką zagadką, zawsze działał w ten sam sposób, chodził tymi samymi ścieżkami. Jedyna trudność jaka w nim była to przymuszenie go do tego aby zaczął mówić. Ale i na to istniały pewne specyfiki, zwane również jako napoje wyskokowe, których był oddanym fanem i koneserem.
- Robię to bo chce i muszę. Chce bo mogę, a muszę bo byłaby szkoda jakby coś by Ci się stało - zauważył przedstawiając po krótce zasadę jaka nim kierowała. Nie była skomplikowana, wręcz banalnie czy dziecinnie prosta. Zwłaszcza, że jego chce i muszę było prawie takie samo - Nie pozostaje mi chyba nic innego, niż życzyć dalszych sukcesów we względnym przetrwaniu... - odparł z lekkim wzruszeniem ramion. Nordgersim nie chciał wiedzieć co musiała przejść przez całe swoje życie skoro tak prosto wpadała w tarapaty, problemy, poślizgi... Musiała mieć naprawdę pod górkę ze wszystkim i wszystkimi. Przez moment rozważał nawet opcję zamknięcia jej w klatce, która staje się jego domem na jedną noc w miesiącu. Tam powinna być bezpieczna, jako że nic nie byłoby w stanie jej skrzywdzić ani sprowokować do skrzywdzenia się. Chociaż należało podchodzić z szacunkiem do jej zdolności w tych kwestiach...
Da się. Tylko musisz się z tym pogodzić... Pomyślał, nie pozwalając sobie na dalszą kłótnię w tej sprawie. Dla Prewettówny to rzeczywiście mogło wydawać się jako, że nie do przeżycia czy zaakceptowania. Ale dla Hjalmara, który od lat musiał się z tym zmagać, było to nic nowego - zwykły porządek dnia codziennego. Może właśnie ta otwartość czy jej upartość spowodowała, że nie zniknął bez słowa z życia Pandory, skoro ona nie chciała tego zrobić? Z drugiej strony może to właśnie los chciał aby tak się stało, zwłaszcza kiedy pchał ich w swoją stronę - jak podczas Lithy czy przypadkowego spotkania w Dolinie Godryka... W obydwóch przypadkach, Turczynka nie miała przecież wiedzy, że on tam będzie - Tak jak ja z pobiciem, tak Ty z wpadaniem na mnie... Niedorzeczne... - zaśmiał się pod nosem. Prawdę mówiąc taki widok był dla niego co najmniej komiczny. Osoba rozmiarów Pandory zaczepiająca go z barku, jakby chciała pokazać gdzie jest jego miejsce w szeregu. Takie sytuacje dziwiły dużo bardziej od osiłków czy karków chcących od razu przejść do boju - Umm... No to chyba... Ee... Nie zależy ode mnie? - uniósł brew starając się nie dać nic po sobie poznać. Jeżeli miałoby zamknąć te ich tępe łby, to czemu nie? Nie odważył się tego powiedzieć na głos, wszak nie mógł jej wykorzystywać jako alternatywną metodę uciszania kolegów... Metodę, która nie wymagała rozlewu krwi i wyzity w lazarecie.
Cenił sobie ludzi, którzy mogli go zaskoczyć, zaimponować czy udowodnić, że są warci poświęcenia im czasu. I Pandora - pomimo swoich wszystkich wad i chaosu jaki ją otaczał - była jedną z takich osób. Kwestia "zaskakiwania" potrzebowała jednak trochę sprostowania jako, że istniała różnica między doprowadzaniem do zawału serca, a podniesieniem ciśnienia czy wywołaniem uśmiechu. O ile większość ludzi wywoływała u niego te dwie ostatnie rzeczy, tak Prewettówna coraz częściej pozwalała sobie na wywołania migotania przedsionków u Nordgersima.
Czy w życiu nie chodziło o to aby brać to na co mieliśmy ochotę? Bo jeżeli tak, to Turczynka rzeczywiście trzymała się tej zasady chyba przez całe swoje życie, a przynajmniej do takiego wniosku mógłby dojść zewnętrzny obserwator. Mleko już zostało rozlane, więc nie było co płakać ani zastanawiać się co by było gdyby. Teraz nie pozostawało nic innego jak stawić czoła temu co się wydarzyło i przyjąć na "klatę" ewentualne skutki takiego działania. O ile próbą pobicia nie wyrządziłaby mu większej krzywdy, tak zamachami na jego serce mogła go nawet zabić.
Wewnętrzne próby usprawiedliwienie niektórych rzeczy czy wyparcia, nie przynosiły skutku. Hjalmar musiał zaakceptować fakt, że pocałunek był po prostu przyjemny. A już na pewno dużo przyjemniejszy w momencie w którym zrozumiał co się chwile temu stało - To kto w takim razie? Bo już szykowałem plan zemsty nad tą pluszową zgrają. Widziałem w głowie jak rozrywam je na strzępy za to, że zdradzają sekrety... - dodał, a następnie płynnym lecz spokojnym ruchem kontynuował głaskanie po głowie. Lata praktyki jako "ramię do płaczu" swoich sióstr, pozwoliło mu nabyć doświadczenia oraz wprawy w takich sytuacjach. I sam był już prawie spokojny dopóki Pandora nie zauważyła jedynego znaku, który zdradzał jego stan - przeklętego serca, która aż się wyrywało w jej kierunku - Ummm... T-Tak w porządku. Wszystko w porządku - spróbował blefu, chociaż nie do końca sam w niego wierzył. Miał wrażenie, że brzmiało to jak tania wymówka, taka jaką sprzedaje się rodzicowi na poczekaniu kiedy nie można wymyślić lepszej.
Kiedy poczuł jej wzrok na swojej twarzy, mimowolnie - pomimo zakazu mózgu - odwzajemnił spojrzenie. Bez większego problemu można było dostrzec w nich radość? Ponieważ o złości, szoku czy czymkolwiek innym nie było nawet mowy. Sprawny obserwator mógłby pewnie nawet dostrzec czegoś w rodzaju iskierki, szczęścia czy nawet zadowolenia - Nie... Bo to... - zaczął, przejeżdżając językiem po swoich ustach - Przy... - zamarł na krótką chwilę, chowając ponownie język - Przyjemne - dokończył wreszcie, a z jego twarz zszedł cały stres, który trapił go jeszcze moment temu.
- Nie zawiedziesz mojego zaufania... Jesteś chyba jedyną osobą po za moją rodziną, Njalą i Ivarem, których po części też uznaje za swoją rodzinę... Jedyną osobą, której ufam... I nie wiem co musiałabyś zrobić. Chyba zabić, któreś z nich aby to się musiało zmienić... Ja po prostu dziękuje... - odpowiedział, a później zamilkł i w tym samym momencie przestał gładzić ją po głowie. Hjalmar miał wrażenie, że nastała trochę głucha i niepokojącą cisza. Zupełnie jak taka, która następuje przed burzą - gdzie po chwili pada grom z jasnego nieba, wywracając nieraz całe życie do góry nogami.
Poczuł jak splotła swoje dłonie na jego karku, zamykając go w swego rodzaju pułapce z której nie miał ucieczki. I nie to, że chciał bo to teraz serce trzymało stery i pokazywało mózgowi gdzie jest jego miejsce. Moment później opierali się już czołami, na co tylko westchnął - W tym momencie chyba nie ma już żadnych granic - przyznał z pewną dozą bezradności na tą sytuację, a następnie zrobił jedyną rzecz, którą uważał za słuszną. Zaczął pocierać nos Pandory, swoim nosem - wykonując tym samym tak zwany gest "noski, noski, eskimoski". Ten gest, u ludów z północy - nawet tych dalszych niż ojczyzna Nordgersima - oznaczał po prostu czułość. I to była jedyna rzecz jaką mógł obdarzyć Prewettówne tego poranka jako, że żadne inne słowa nie chciały mu przejść przez gardło.