12.02.2024, 22:32 ✶
– Daj spokój, nic mi nie jest – zapewniła Brenna, wbrew wszystkim oczywistym dowodom, zwracając wreszcie ku niemu spojrzenie, kiedy postanowił jej pomóc. Obraz wciąż był zamazany, ale widziała już jego twarz i uśmiechnęła się, jak gdyby nigdy nic. To nie był pierwszy, drugi ani nawet dziesiąty raz, kiedy w ten sposób urządziło ją widmowidzenie: korzystała z tej umiejętności na tyle często, że przywykła.
I to tylko popychało ją ku chęci bycia w tym lepszą. Bo teraz była zła: nie na niego, nie na te uwagi, a na siebie, że nie postarała się bardziej.
– Uważaj, Aidan, jeszcze ktoś pomyśli, że tak naprawdę jesteś dobrym, troskliwym chłopcem – powiedziała, prostując się, a uśmiech znikł z jej twarzy. – Chodzi o to, że męczył ją długo. Bardzo długo. To nie było tylko uduszenie. Gdyby mogła cokolwiek zrobić, sąsiedzi musieliby usłyszeć. Nie spieszył się i nie sądził, że ktoś mógłby go powstrzymać. Siedział w tym cholernym mieszkaniu przynajmniej godzinę. A jednak nie ma śladu czarnej magii, a ten chłopak z policji nie wspominał o obrażeniach.
A poza tym poznam jego głos, pomyślała, ale nijak nie mogła tej wiedzy przekazać Parkinsonowi – mogłaby opisać twarz, gdyby ją zobaczyła, ale widmowidzenie zawiodło pod tym względem. „Taki tam baryton” raczej dużo mu nie powie. Ale jeżeli się na niego natkną… będzie wiedziała, że to on.
– Nie widziała niczego przy tym mężczyźnie? – Wątpiła jednak, by tak było. Skoro zaledwie jej mignął… Westchnęła tylko cicho na te słowa o Ameryce: ach, ten amerykański sen, który dla tak wielu osób zamienił się w koszmar. Brenna mogła zrozumieć to marzenie, chęć ucieczki na drugi koniec świata, gdzie nikt się nie zna, ale tam pewnie Mary skończyłaby dokładnie tak jak tutaj. Na ulicy. – Gdyby chodziło o napad rabunkowy, nie zabiłby jej w ten sposób. Pończochy i duszenie w łóżku? Tło seksualne, chęć wyżycia się, osobista uraza, można by wyliczać długo, ale nie rabunek… Mogła nie trzymać pieniędzy w domu – mruknęła i potarła skronie. Głowa dalej ją bolała, ale wzrok powoli wracał.
Mieli w tej chwili mnóstwo puzzli. Mogłoby się wydawać, że nie znaleźli niczego, Brenna jednak z doświadczenia wiedziała, że dostali trochę elementów układanki.
Tyle że potrzebowali kolejnych, bo na razie nic do siebie nie pasowało.
– Nic. Wracamy, a skoro świt trzeba dopaść pana policjanta i jeżeli on nie ma informacji albo dostępu do raportu, prosić go o nazwisko osoby, której należy złożyć wizytę – mruknęła, zerkając na Aidana, czy i on był gotów do teleportowania się z zaułka. Czuła się już na tyle dobrze, że taka odległość nie powinna grozić jej rozszczepieniem.
I to tylko popychało ją ku chęci bycia w tym lepszą. Bo teraz była zła: nie na niego, nie na te uwagi, a na siebie, że nie postarała się bardziej.
– Uważaj, Aidan, jeszcze ktoś pomyśli, że tak naprawdę jesteś dobrym, troskliwym chłopcem – powiedziała, prostując się, a uśmiech znikł z jej twarzy. – Chodzi o to, że męczył ją długo. Bardzo długo. To nie było tylko uduszenie. Gdyby mogła cokolwiek zrobić, sąsiedzi musieliby usłyszeć. Nie spieszył się i nie sądził, że ktoś mógłby go powstrzymać. Siedział w tym cholernym mieszkaniu przynajmniej godzinę. A jednak nie ma śladu czarnej magii, a ten chłopak z policji nie wspominał o obrażeniach.
A poza tym poznam jego głos, pomyślała, ale nijak nie mogła tej wiedzy przekazać Parkinsonowi – mogłaby opisać twarz, gdyby ją zobaczyła, ale widmowidzenie zawiodło pod tym względem. „Taki tam baryton” raczej dużo mu nie powie. Ale jeżeli się na niego natkną… będzie wiedziała, że to on.
– Nie widziała niczego przy tym mężczyźnie? – Wątpiła jednak, by tak było. Skoro zaledwie jej mignął… Westchnęła tylko cicho na te słowa o Ameryce: ach, ten amerykański sen, który dla tak wielu osób zamienił się w koszmar. Brenna mogła zrozumieć to marzenie, chęć ucieczki na drugi koniec świata, gdzie nikt się nie zna, ale tam pewnie Mary skończyłaby dokładnie tak jak tutaj. Na ulicy. – Gdyby chodziło o napad rabunkowy, nie zabiłby jej w ten sposób. Pończochy i duszenie w łóżku? Tło seksualne, chęć wyżycia się, osobista uraza, można by wyliczać długo, ale nie rabunek… Mogła nie trzymać pieniędzy w domu – mruknęła i potarła skronie. Głowa dalej ją bolała, ale wzrok powoli wracał.
Mieli w tej chwili mnóstwo puzzli. Mogłoby się wydawać, że nie znaleźli niczego, Brenna jednak z doświadczenia wiedziała, że dostali trochę elementów układanki.
Tyle że potrzebowali kolejnych, bo na razie nic do siebie nie pasowało.
– Nic. Wracamy, a skoro świt trzeba dopaść pana policjanta i jeżeli on nie ma informacji albo dostępu do raportu, prosić go o nazwisko osoby, której należy złożyć wizytę – mruknęła, zerkając na Aidana, czy i on był gotów do teleportowania się z zaułka. Czuła się już na tyle dobrze, że taka odległość nie powinna grozić jej rozszczepieniem.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.