12.02.2024, 22:44 ✶
Przepraszam, że tyle lat byłam idiotką i zmarnowałam ci życie. Przepraszam, że tak długo zwlekałam z przyjściem do ciebie. Ale teraz tu jestem i nie mam zamiaru odejść, choćby świat się walił.
Wróciłam i nie odejdę.
Wybacz mi.
Te i wszystkie inne słowa kołatały się w głowie. Myślała, że wie, co chce powiedzieć, gdy w końcu staną naprzeciwko siebie. Gdy nastanie ten moment, kiedy odrzuci maskę. Ale powiedzenie Hej, najdroższy, to ja. Wróciłam. Przypadkiem trafiłam do ciała śmierciożerczyni, ale nie martw się, nie popieram Voldemorta brzmiało jakoś tak płytko, bezsensownie i…
… słowa się rozsypały niczym domek z kart, niczym popiół na wietrze. Potrząsnęła głową. Czy było w porządku? Nie, nie mogło być Stała się ściganą zwierzyną, która nie do końca była pewna, gdzie dokładnie znajdowały się tropiące ogary. Już zostały spuszczone ze smyczy? Jak wielką (małą) miała nad nimi przewagę?
Czy będzie miała jeszcze szansę na kolejny powrót, jeśli ją dopadną?
- Może lepiej usiądźmy – zaproponowała cicho, starając się powoli uspokoić oddech. Chcę cię objąć i już nigdy nie wypuścić. Ruchem głowy wskazała najbliższą ławkę, po czym omiotła spojrzeniem okolicę. Jakby coś sprawdzała, oceniała, kontrolowała?
Tak, nie była szorstka. Tę maskę odrzuciła, stała się już bardziej niż zbędna. Ale czy potrafiła ponownie wejść w skórę Clare? Czy nie udawała już tak długo, że zapomniała, jak to jest być sobą…? Tą samą Avery, z którą kiedyś wybierał imiona, kolory, wszystko...
Czy istnieje dla nas nadzieja?
Brakowało gorączkowych szeptów, niemalże rozdzierania szat: że oto jestem, w końcu, chwyć mnie za rękę i odejdźmy w stronę zachodzącego słońca. Ale to nie bajka, nie opowieść, nie ballada mająca ująć serca, lecz proza życia. A Patrick… chciałaby wierzyć, że nie będzie miał wątpliwości, że przyjmie ją z szeroko otwartymi ramionami, że puści wszystko w niepamięć. Ale wiedziała też, że nie dość, iż go skrzywdziła, to jeszcze będzie musiała przekonać, udowodnić, że to nie jest durna pułapka czy mącenie w głowie.
- Zrozumiem, jeśli postąpisz tak, jak powinieneś jako auror – uprzedziła, gdy kierowali się w stronę siedziska, czując przy tym, jak gardło się ściska; jakby próbowało uniemożliwić mówienie. Jeśli taka ma być moja kara, niech będzie.
Nie zaczęła od razu wyłuszczać swojej sprawy, gdy w końcu drewno zaskrzypiało pod ich ciężarem. Zapomnij o Alannie Carrow. Nie istnieje od ponad roku. Trudno orzec, czy to był świadomy gest (w sumie powinien, biorąc pod uwagę, jak bardzo musiała się pilnować przez miniony rok) czy też coś odruchowego, kiedy sięgnęła do wisiorka na szyi – do foczki, której nie powinna mieć - niejako się nim bawiąc, gdy próbowała rozsypane na wszystkie strony świata słowa zebrać do kupy. Nie patrzyła na Stewarda, jeszcze nie. Dlaczego teraz to takie trudne?
- Zapewne kojarzysz Harrisów? Organizowali dziś konferencję, na której prezentowali mugolskie wynalazki. Carson miał dziś zginąć – zaczęła w końcu, aczkolwiek z dziwnego miejsca. Bo przecież historia zaczynała się w listopadzie 1970 roku, a teraz mieli czerwiec. I to nawet nie roku następnego… A sprawa Harrisów to tak naprawdę przedostatni rozdział tomu, który urywał się właśnie w tym miejscu. Na parkowej ławeczce – Wiem. Dlaczego mówię coś takiego? Nie jestem z brygady, nie jestem z aurorów, jedynie sprzątam – słowa kobiety zdawały się być coraz cichsze. Ale przynajmniej w końcu skierowała spojrzenie na mężczyznę obok, choć całun mroku wiele ukrywał, mimo niespecjalnie wielkiego dystansu.
Dlaczego nagle nie potrafię powiedzieć ci tego wszystkiego, co chcę?
- Widzisz, nie jestem tą Carrow, którą myślisz, że jestem. Ale, szczęśliwie dla Harrisów, nie jestem też tą Carrow, którą oni myślą, że jestem – w głosie kobiety przebrzmiała gorycz. Oni. Jacy oni? Promugolscy działacze z wyrokiem śmierci; skojarzenie nasuwa się samo?
Wróciłam i nie odejdę.
Wybacz mi.
Te i wszystkie inne słowa kołatały się w głowie. Myślała, że wie, co chce powiedzieć, gdy w końcu staną naprzeciwko siebie. Gdy nastanie ten moment, kiedy odrzuci maskę. Ale powiedzenie Hej, najdroższy, to ja. Wróciłam. Przypadkiem trafiłam do ciała śmierciożerczyni, ale nie martw się, nie popieram Voldemorta brzmiało jakoś tak płytko, bezsensownie i…
… słowa się rozsypały niczym domek z kart, niczym popiół na wietrze. Potrząsnęła głową. Czy było w porządku? Nie, nie mogło być Stała się ściganą zwierzyną, która nie do końca była pewna, gdzie dokładnie znajdowały się tropiące ogary. Już zostały spuszczone ze smyczy? Jak wielką (małą) miała nad nimi przewagę?
Czy będzie miała jeszcze szansę na kolejny powrót, jeśli ją dopadną?
- Może lepiej usiądźmy – zaproponowała cicho, starając się powoli uspokoić oddech. Chcę cię objąć i już nigdy nie wypuścić. Ruchem głowy wskazała najbliższą ławkę, po czym omiotła spojrzeniem okolicę. Jakby coś sprawdzała, oceniała, kontrolowała?
Tak, nie była szorstka. Tę maskę odrzuciła, stała się już bardziej niż zbędna. Ale czy potrafiła ponownie wejść w skórę Clare? Czy nie udawała już tak długo, że zapomniała, jak to jest być sobą…? Tą samą Avery, z którą kiedyś wybierał imiona, kolory, wszystko...
Czy istnieje dla nas nadzieja?
Brakowało gorączkowych szeptów, niemalże rozdzierania szat: że oto jestem, w końcu, chwyć mnie za rękę i odejdźmy w stronę zachodzącego słońca. Ale to nie bajka, nie opowieść, nie ballada mająca ująć serca, lecz proza życia. A Patrick… chciałaby wierzyć, że nie będzie miał wątpliwości, że przyjmie ją z szeroko otwartymi ramionami, że puści wszystko w niepamięć. Ale wiedziała też, że nie dość, iż go skrzywdziła, to jeszcze będzie musiała przekonać, udowodnić, że to nie jest durna pułapka czy mącenie w głowie.
- Zrozumiem, jeśli postąpisz tak, jak powinieneś jako auror – uprzedziła, gdy kierowali się w stronę siedziska, czując przy tym, jak gardło się ściska; jakby próbowało uniemożliwić mówienie. Jeśli taka ma być moja kara, niech będzie.
Nie zaczęła od razu wyłuszczać swojej sprawy, gdy w końcu drewno zaskrzypiało pod ich ciężarem. Zapomnij o Alannie Carrow. Nie istnieje od ponad roku. Trudno orzec, czy to był świadomy gest (w sumie powinien, biorąc pod uwagę, jak bardzo musiała się pilnować przez miniony rok) czy też coś odruchowego, kiedy sięgnęła do wisiorka na szyi – do foczki, której nie powinna mieć - niejako się nim bawiąc, gdy próbowała rozsypane na wszystkie strony świata słowa zebrać do kupy. Nie patrzyła na Stewarda, jeszcze nie. Dlaczego teraz to takie trudne?
- Zapewne kojarzysz Harrisów? Organizowali dziś konferencję, na której prezentowali mugolskie wynalazki. Carson miał dziś zginąć – zaczęła w końcu, aczkolwiek z dziwnego miejsca. Bo przecież historia zaczynała się w listopadzie 1970 roku, a teraz mieli czerwiec. I to nawet nie roku następnego… A sprawa Harrisów to tak naprawdę przedostatni rozdział tomu, który urywał się właśnie w tym miejscu. Na parkowej ławeczce – Wiem. Dlaczego mówię coś takiego? Nie jestem z brygady, nie jestem z aurorów, jedynie sprzątam – słowa kobiety zdawały się być coraz cichsze. Ale przynajmniej w końcu skierowała spojrzenie na mężczyznę obok, choć całun mroku wiele ukrywał, mimo niespecjalnie wielkiego dystansu.
Dlaczego nagle nie potrafię powiedzieć ci tego wszystkiego, co chcę?
- Widzisz, nie jestem tą Carrow, którą myślisz, że jestem. Ale, szczęśliwie dla Harrisów, nie jestem też tą Carrow, którą oni myślą, że jestem – w głosie kobiety przebrzmiała gorycz. Oni. Jacy oni? Promugolscy działacze z wyrokiem śmierci; skojarzenie nasuwa się samo?