12.02.2024, 22:47 ✶
Samuel potrafił być obrzydliwie pewny siebie. Silny. Brawurowy. Prący uparcie do przodu, bez względu na piętrzące się przeciwności losu. Potrafił patrzeć z góry na słabości innych, krwią Blacków wygłaszał nieprzejednane sądy na temat wielu kwestii, w które wierzył i zgodnie z którymi żył. Był uparty i zaradny. Prawdziwie był niedźwiedziem, który dumnie kroczy przez Knieję.
Czy raczej kroczył, bo teraz, w tych obcych ścianach, w totalnie obcym środowisku, zachowywał się jak druga z jego zwierzęcych natur i choć jego twarz należała niewątpliwie do puli genów ojca, tak zachowaniem oddawał ptasie przytuchy matki. Czujne oko przypatrywało się ścianom i meblom, patrzyło na Brenne, ale jakby znów nie na nią. Był nerwowy, był wyrwany z korzeniami ze swojego naturalnego środowiska i w sposób jednoznaczny cierpiał.
Brenna miała rację i umiała do niego podchodzić, trochę jak do zdziczałego zwierzęcia. Gdy chodziło o pracę, Sam nie miał żadnych problemów, na tym gruncie porozumiewał się z innymi od lat. Ale kwestie spotkań i relacji społecznych, międzyludzkich... To zdecydowanie go przerastało.
I tak samo teraz patrzył na nią zagubiony, a potem znów nie patrzył, bo jakiś dekoracyjny detal przykuł jego uwagę. I zapachy, mnóstwo zapachów bliskich, a jednak obcych. Gdy się do niego przysunęła niemal kichnął.
– Ty masz męskie ubrania?! A nie... tak... no tak, masz brata. Zaraz... Czy inni członkowie rodziny są w domu i wiedzą, że przyszedłem? – zaciął się nagle w połowie, wyraźnie pobladły, jego tęczówka zdominowała oko, gdy cieniutkie kropki źrenicy nagle sfokusowały się na Brennie za bardzo. – Napije się. Napije się wody. – odpowiedział nagle, jakby przypomniał sobie o pytaniu, a potem odszedł w bok o dwa kroki, jakby w miejscu w którym stał miał zaraz spaść piorun. Cały czas nerwowo skubał skórki od paznokci, nie mogąc zająć czymś innym rąk, a tym samym uspokoić myśli. – Bee, może nie powinienem iść. Może, może to po prostu nie dla mnie. Co to w ogóle znaczy, że koszule są obowiązkowe. – stęknął nagle ukrywając twarz w dłoniach i pocierając ją energicznie.
Czy raczej kroczył, bo teraz, w tych obcych ścianach, w totalnie obcym środowisku, zachowywał się jak druga z jego zwierzęcych natur i choć jego twarz należała niewątpliwie do puli genów ojca, tak zachowaniem oddawał ptasie przytuchy matki. Czujne oko przypatrywało się ścianom i meblom, patrzyło na Brenne, ale jakby znów nie na nią. Był nerwowy, był wyrwany z korzeniami ze swojego naturalnego środowiska i w sposób jednoznaczny cierpiał.
Brenna miała rację i umiała do niego podchodzić, trochę jak do zdziczałego zwierzęcia. Gdy chodziło o pracę, Sam nie miał żadnych problemów, na tym gruncie porozumiewał się z innymi od lat. Ale kwestie spotkań i relacji społecznych, międzyludzkich... To zdecydowanie go przerastało.
I tak samo teraz patrzył na nią zagubiony, a potem znów nie patrzył, bo jakiś dekoracyjny detal przykuł jego uwagę. I zapachy, mnóstwo zapachów bliskich, a jednak obcych. Gdy się do niego przysunęła niemal kichnął.
– Ty masz męskie ubrania?! A nie... tak... no tak, masz brata. Zaraz... Czy inni członkowie rodziny są w domu i wiedzą, że przyszedłem? – zaciął się nagle w połowie, wyraźnie pobladły, jego tęczówka zdominowała oko, gdy cieniutkie kropki źrenicy nagle sfokusowały się na Brennie za bardzo. – Napije się. Napije się wody. – odpowiedział nagle, jakby przypomniał sobie o pytaniu, a potem odszedł w bok o dwa kroki, jakby w miejscu w którym stał miał zaraz spaść piorun. Cały czas nerwowo skubał skórki od paznokci, nie mogąc zająć czymś innym rąk, a tym samym uspokoić myśli. – Bee, może nie powinienem iść. Może, może to po prostu nie dla mnie. Co to w ogóle znaczy, że koszule są obowiązkowe. – stęknął nagle ukrywając twarz w dłoniach i pocierając ją energicznie.