12.02.2024, 23:48 ✶
Patrick też czuł, że dzieje się coś złego. Przez to, że nie wiedział, że śni, przez pokrętną logikę sennych majaków, że właściwie nie pamiętał poprzednich dwóch, wszystko zlewało mu się w jeden długi, niezbyt logiczny ciąg zdarzeń. Pamiętał, że błądził korytarzami, że ścigał mordercę, który za każdym razem mu się wymykał, że ten w jakiś sposób próbował nawet zamordować właścicielkę Klubokawiarni Norę Figg. I chyba przez to, że pamiętał aż tyle, wiedział też że musiał go złapać za wszelką cenę, bo ten najpierw dokończy robotę i zabije Norę, a potem upatrzy sobie kolejną ofiarę.
Otarł ręką mokrą od deszczu twarz i zmrużył oczy, szukając czegoś, co pomoże mu w odnalezieniu mordercy. Czuł, że ten gdzieś tam był, że krył się w leśnych głębinach, chował za grubym pniem drzewa, przyczaił się w ruszających się krzakach (nie, to nie był on, to był wystraszony błyskami przecinającymi niebo i rozlegającymi się niedaleko grzmotami lis). Kolejna błyskawica rozświetliła niebo. Patrick usłyszał kobiecy pisk i momentalnie zaczął szukać wzrokiem krzyczącej. Ale zamiast niej, dostrzegł męską sylwetkę znajdującą się zaledwie kilkanaście metrów dalej. Napastnik stał odwrócony do niego plecami.
Steward rzucił się do biegu, gotów dopaść go tak szybko, jak szybko będzie w stanie. Przez deszcz, noc, burzę i to, że znajdował się z tyłu – miał trochę przewagi nad człowiekiem, którego chciał złapać. Ale brakowało mu rozeznania terenu. Za późno zrozumiał, że zmniejszająca się sylwetka oznaczała schodzenie w dół a nie oddalanie się w poziomie.
To za to dostrzegła stojąca niżej skamieniała Nora. Jak również i to, że twarz napastnika wydawała jej się znajoma, że chociaż wcale go nie znała to jednak jakby już go gdzieś widziała i za każdym razem nie wiązały się z tym przyjemne wspomnienia. Tym razem człowiek ten nie niósł ze sobą noża (a jeśli go niósł to nie zdołał jeszcze wyjąć z pokrowca), nie miał też siekiery, ale trzymał w rękach cienką linkę, tak cienką, że przypominała żyłkę wędkarską.
Mężczyzna otworzył usta i powiedział coś, co zagłuszyły grzmoty. Błyskawice oświetliły dobrze jego twarz: nieruchome oczy, nieprzyjazny uśmiech, łysinę na czubku głowy. Wreszcie oświetliły również nadbiegającego i skaczącego ku niemu Patricka.
Obydwaj mężczyźni złączyli się we wspólnej szamotaninie. Obydwaj stracili grunt pod nogami i przeturlali się walcząc między sobą o dominację w dół, wprost ku Norze. Wreszcie Steward wygrał, przycisnął przeciwnika do ziemi i zaczął okładać pięściami po twarzy. Nie miał pojęcia, czy bił go ze strachu przed tym, co ten mógł zrobić Figg, z frustracji, bo zdołał mu się wyrwać wcześniej, czy też z tłumionej od pewnego czasu furii. Aż wreszcie, ku jego ogromnej frustracji leżący pod nim człowiek zniknął. Pięść uderzyła w miękką od wody ściółkę leśną.
- Kurwa mać! Byłem tak blisko! – syknął Patrick, a potem podniósł spojrzenie na Norę. – Co za skurwiel. Ty krwawisz. Co on ci zrobił?! Wyciągnę cię z lasu i zabiorę do Mungo… - zaczął mówić głośno i trochę bezskładnie, nawet nie próbując ukryć targających nim emocji.
Nora czuła, że słabnie. Patrząc na swoją rękę mogła zobaczyć, że spadający z niej na ziemię deszcz mieszał się z jej własną krwią.
Otarł ręką mokrą od deszczu twarz i zmrużył oczy, szukając czegoś, co pomoże mu w odnalezieniu mordercy. Czuł, że ten gdzieś tam był, że krył się w leśnych głębinach, chował za grubym pniem drzewa, przyczaił się w ruszających się krzakach (nie, to nie był on, to był wystraszony błyskami przecinającymi niebo i rozlegającymi się niedaleko grzmotami lis). Kolejna błyskawica rozświetliła niebo. Patrick usłyszał kobiecy pisk i momentalnie zaczął szukać wzrokiem krzyczącej. Ale zamiast niej, dostrzegł męską sylwetkę znajdującą się zaledwie kilkanaście metrów dalej. Napastnik stał odwrócony do niego plecami.
Steward rzucił się do biegu, gotów dopaść go tak szybko, jak szybko będzie w stanie. Przez deszcz, noc, burzę i to, że znajdował się z tyłu – miał trochę przewagi nad człowiekiem, którego chciał złapać. Ale brakowało mu rozeznania terenu. Za późno zrozumiał, że zmniejszająca się sylwetka oznaczała schodzenie w dół a nie oddalanie się w poziomie.
To za to dostrzegła stojąca niżej skamieniała Nora. Jak również i to, że twarz napastnika wydawała jej się znajoma, że chociaż wcale go nie znała to jednak jakby już go gdzieś widziała i za każdym razem nie wiązały się z tym przyjemne wspomnienia. Tym razem człowiek ten nie niósł ze sobą noża (a jeśli go niósł to nie zdołał jeszcze wyjąć z pokrowca), nie miał też siekiery, ale trzymał w rękach cienką linkę, tak cienką, że przypominała żyłkę wędkarską.
Mężczyzna otworzył usta i powiedział coś, co zagłuszyły grzmoty. Błyskawice oświetliły dobrze jego twarz: nieruchome oczy, nieprzyjazny uśmiech, łysinę na czubku głowy. Wreszcie oświetliły również nadbiegającego i skaczącego ku niemu Patricka.
Obydwaj mężczyźni złączyli się we wspólnej szamotaninie. Obydwaj stracili grunt pod nogami i przeturlali się walcząc między sobą o dominację w dół, wprost ku Norze. Wreszcie Steward wygrał, przycisnął przeciwnika do ziemi i zaczął okładać pięściami po twarzy. Nie miał pojęcia, czy bił go ze strachu przed tym, co ten mógł zrobić Figg, z frustracji, bo zdołał mu się wyrwać wcześniej, czy też z tłumionej od pewnego czasu furii. Aż wreszcie, ku jego ogromnej frustracji leżący pod nim człowiek zniknął. Pięść uderzyła w miękką od wody ściółkę leśną.
- Kurwa mać! Byłem tak blisko! – syknął Patrick, a potem podniósł spojrzenie na Norę. – Co za skurwiel. Ty krwawisz. Co on ci zrobił?! Wyciągnę cię z lasu i zabiorę do Mungo… - zaczął mówić głośno i trochę bezskładnie, nawet nie próbując ukryć targających nim emocji.
Nora czuła, że słabnie. Patrząc na swoją rękę mogła zobaczyć, że spadający z niej na ziemię deszcz mieszał się z jej własną krwią.