Nie usłyszała jego nadejścia, nie od razu. Dopiero kiedy zbliżył się w miarę blisko, przeniosła na niego swój wzrok, a na jej twarzy pojawił się ogromny uśmiech. Dobrze widzieć go takiego, dokładnie jak go zapamiętała. Nic się nie zmieniał, nie widać było po nim upływu czasu. Kusza, którą trzymał w ręku nie wzbudziła w niej żadnych negatywnych emocji, nawet to, że w nią celował. To dobrze, to znaczy, że nie przestawał być czujny i nadal był w formie!
Bawiło ją to, że ten potężny myśliwy bał się Jennifer. Niby był w stanie poradzić sobie z każdą bestią, a z tą, z którą żył pod jednym dachem miał problem i to od tak dawna. - Karen tu przychodzi? Myślałam, że nie jest na tyle odważna. - Sama trochę bała się gniewu swojej matki, dlatego też omijała dom rodzinny szerokim łukiem, przynajmniej, kiedy nie musiała się faktycznie tutaj pojawić.
Nim zdążyła coś więcej powiedzieć ojciec złapał ją w ramiona, jak zawsze bardzo mocno przejmował się zasadami bezpieczeństwa, kusza zaczęła jej się wbijać w bok, nie dawała po sobie jednak poznać, że choć trochę ją to boli. Nie chciała zrobić staruszkowi przykrości, bo po co.
- Stęskniłam się za tobą. - Odparła, kiedy wreszcie ją puścił, odetchnęła przy tym z ulgi, że kusza przestała jej się wreszcie wbijać w ciało. Dostrzegła kątem oka piersiówkę, która wystawała z kieszeni spodni ojca, nie zapytała, czy może ją wyciągnąć, po prostu sięgnęła ręką w stronę kieszeni i przejęła butelkę. - Nie masz nic przeciwko, prawda? - Przy okazji zgasiła peta na ziemi swoim butem, a następnie upiła niewielki łyk z piersiówki. Skrzywiła się przy tym okropnie. - Co to za specjał? - Pewnie jakaś księżycówka, którą pędzili po kątach okoliczni mieszkańcy, przynajmniej tak się jej wydawało na tyle, na ile znała ojca.