13.02.2024, 00:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.02.2024, 01:41 przez Septima Ollivander.)
Przypominasz po prostu tę piękną, romantyczną wizję i lubię sposób, w jaki twoja przyszłość dotyka mojego umysłu.
Targało nią zwątpienie.
Nostalgia obojętnego, bezgłośnego spokoju zespolona z gwiezdną nocą, ledwie rysujących się na zaciemnionym niebie obłoków, wybijających się w przyduszonym świetle latarni, w które wpatrywała się z okna swojego pokoiku zupełnie bez słowa. Obecna i nieobecna zarazem. Jak gdyby sama była jej częścią. Niemym posągiem pozbawionym wyrazu, utkwionym martwo gdzieś pomiędzy godzinami trwającej, zamilkłej nocy, która zaraz chwila przerodzić się miała w nieznośny harmider. Nie odnajdywała się w nim, ani w mętnym small talku, ani w przestymulowaniu jakie oferowało przyjęcie tego typu; w wielu twarzach, które nie rozpoznawała, w postaciach, które nie chciały jej poznać, ani jej wysłuchać.
Targało nią jeszcze większe zwątpienie.
Na dzisiejszą okazję przywdziała czarną suknię bez rękawów; w owiniętej, czarnej tkaninie, utkanej z delikatnej czerni, wyglądała elegancko i tajemniczo — trochę niczym nocna mara, która przemknąć miała przez ścieżkę nieszczęśnika, odwrócić się i spojrzeć beznamiętnie w oczy pechowca.
Czy mogła zostać w pokoju? Czy ktokolwiek zauważyłby jej nieobecność? Pomyślała o Longbottomie — na pewno z początku wyglądałby za nią ponad pękatym stołem, ale gdy tylko kieliszki pójdą w ruch, rozgorączkowane dyskusje zawisną w powietrzu, zapomni o niej i o jej cielęcych źrenicach.
Ale przecież nie chciała żeby o niej zapominał.
Westchnęła ciężko, dociskając sukienne zgięcia i fałdy, tak jakby suknia nie była jeszcze gotowa, a ona sama nie mogła w towarzystwie się tak pokazać.
Z sukienką, oraz upiętymi ciasno włosami było niestety wszystko w porządku. Opuściła niechętnie pokój, wydostała się na korytarz i...najpierw go usłyszała, potem zobaczyła. Pan Rossi, jeden z różdżkarskich znajomo-rywali ojca, wypiął dumnie pierś odzianą w staromodny frak, lustrując ją bacznie. Cynicznie, opryskliwie, gotów do ataku i wytknięcia jej braku umiejętności, talentu, męskiego przyrodzenia między nogami, które mogłoby sprawić, że jej twory staną się bardziej kunsztowne. Nie cierpiała dziada całą duszą i fakt, iż musiała być skazana na spędzenie wieczoru w między innymi jego towarzystwie, bez ojcowskiej tarczy, która okazywała się być całkiem efektywna w starciu ze starcem, przelewał pełną już zresztą czarę goryszy.
—Dobry wieczór panno Olliv...
Cień irytacji przemknął pod fasadą uprzejmego uśmiechu; czuła nadchodzące znużenie mogącą przeciągnąć się rozmową podczas gdy, obiekt jej zainteresowania migotał gdzieś na dnie schodowego sklepienia. Chyba go przeprosiła, gdy odchodziła, podążając za znajomą czupryną i sylwetką zasiadających na schodach.
— Morpheusu— przywołała go z natarczywością w głosie — czy czekasz teraz na kogoś? Napijesz się ze mną czegoś? Teraz?
Nie zaprzeczała temu jakoby z pewną dozą naiwności wysunęła propozycję wobec starszego mężczyzny, który zapewne w programie wieczoru miał zapisane prawdziwe dorosłe zadania, jak chociażby zapoznanie się z godnymi mu dżentelmenami, wypalenia razem cygar i wymianę zdań na tematy, o których ona nie miała mieć prawo pojęcia. Niemniej, pomimo iż propozycja ta wydawała się być sprzeczna z jej naturą, wysunęła się z jej ust lekko, swobodnie. Bezmyślnie.
Wrastające w nią obawa przeradzała się w wypisany w jej sarnie, rozszerzone oczy strach, gdy spojrzenie przemykało po mężczyznach wypełniających korytarz, a ona zdawała sobie sprawę, jak bardzo w tej chwili potrzebuje właściwie jednego — Morpheusa.
Targało nią zwątpienie.
Nostalgia obojętnego, bezgłośnego spokoju zespolona z gwiezdną nocą, ledwie rysujących się na zaciemnionym niebie obłoków, wybijających się w przyduszonym świetle latarni, w które wpatrywała się z okna swojego pokoiku zupełnie bez słowa. Obecna i nieobecna zarazem. Jak gdyby sama była jej częścią. Niemym posągiem pozbawionym wyrazu, utkwionym martwo gdzieś pomiędzy godzinami trwającej, zamilkłej nocy, która zaraz chwila przerodzić się miała w nieznośny harmider. Nie odnajdywała się w nim, ani w mętnym small talku, ani w przestymulowaniu jakie oferowało przyjęcie tego typu; w wielu twarzach, które nie rozpoznawała, w postaciach, które nie chciały jej poznać, ani jej wysłuchać.
Targało nią jeszcze większe zwątpienie.
Na dzisiejszą okazję przywdziała czarną suknię bez rękawów; w owiniętej, czarnej tkaninie, utkanej z delikatnej czerni, wyglądała elegancko i tajemniczo — trochę niczym nocna mara, która przemknąć miała przez ścieżkę nieszczęśnika, odwrócić się i spojrzeć beznamiętnie w oczy pechowca.
Czy mogła zostać w pokoju? Czy ktokolwiek zauważyłby jej nieobecność? Pomyślała o Longbottomie — na pewno z początku wyglądałby za nią ponad pękatym stołem, ale gdy tylko kieliszki pójdą w ruch, rozgorączkowane dyskusje zawisną w powietrzu, zapomni o niej i o jej cielęcych źrenicach.
Ale przecież nie chciała żeby o niej zapominał.
Westchnęła ciężko, dociskając sukienne zgięcia i fałdy, tak jakby suknia nie była jeszcze gotowa, a ona sama nie mogła w towarzystwie się tak pokazać.
Z sukienką, oraz upiętymi ciasno włosami było niestety wszystko w porządku. Opuściła niechętnie pokój, wydostała się na korytarz i...najpierw go usłyszała, potem zobaczyła. Pan Rossi, jeden z różdżkarskich znajomo-rywali ojca, wypiął dumnie pierś odzianą w staromodny frak, lustrując ją bacznie. Cynicznie, opryskliwie, gotów do ataku i wytknięcia jej braku umiejętności, talentu, męskiego przyrodzenia między nogami, które mogłoby sprawić, że jej twory staną się bardziej kunsztowne. Nie cierpiała dziada całą duszą i fakt, iż musiała być skazana na spędzenie wieczoru w między innymi jego towarzystwie, bez ojcowskiej tarczy, która okazywała się być całkiem efektywna w starciu ze starcem, przelewał pełną już zresztą czarę goryszy.
—Dobry wieczór panno Olliv...
Cień irytacji przemknął pod fasadą uprzejmego uśmiechu; czuła nadchodzące znużenie mogącą przeciągnąć się rozmową podczas gdy, obiekt jej zainteresowania migotał gdzieś na dnie schodowego sklepienia. Chyba go przeprosiła, gdy odchodziła, podążając za znajomą czupryną i sylwetką zasiadających na schodach.
— Morpheusu— przywołała go z natarczywością w głosie — czy czekasz teraz na kogoś? Napijesz się ze mną czegoś? Teraz?
Nie zaprzeczała temu jakoby z pewną dozą naiwności wysunęła propozycję wobec starszego mężczyzny, który zapewne w programie wieczoru miał zapisane prawdziwe dorosłe zadania, jak chociażby zapoznanie się z godnymi mu dżentelmenami, wypalenia razem cygar i wymianę zdań na tematy, o których ona nie miała mieć prawo pojęcia. Niemniej, pomimo iż propozycja ta wydawała się być sprzeczna z jej naturą, wysunęła się z jej ust lekko, swobodnie. Bezmyślnie.
Wrastające w nią obawa przeradzała się w wypisany w jej sarnie, rozszerzone oczy strach, gdy spojrzenie przemykało po mężczyznach wypełniających korytarz, a ona zdawała sobie sprawę, jak bardzo w tej chwili potrzebuje właściwie jednego — Morpheusa.