Zauważył ją, nic dziwnego, ślepy by ją znalazł po tym pisku, który z siebie wydobyła. Szedł w jej kierunku, a ona osunęła się na ziemię. Przegrała walkę, była zmęczona, miała wrażenie, że to wszystko trwało godziny, brakowało jej sił, znowu się poddała. Nie spieszył się i może to było najgorsze, czekanie na śmierć, wolałaby, aby stało się to szybko, by czuć jak najmniej bólu i strachu.
Kiedy się zbliżał dotarło do niej, że kojarzy tę twarz. Nie miała pojęcia skąd ją zna, ale wzbudzała w niej nieprzyjemne uczucia. Dlaczego ktoś miałby chcieć ją zabić? Tej odpowiedzi miała nie uzyskać nigdy.
Gdzieś między jednym grzmotem, a kolejnym stało się coś jeszcze. Ktoś wyskoczył zza tego napastnika. Patrick Steward - jego twarz dostrzegła w świetle błyskawicy, co do cholery robił w tym miejscu? Jak ją znalazł, czy w ogóle szukał? Nie było to ważne. Udało mu się do niego doskoczyć, bez najmniejszego problemu.
Szamotali się przez dłuższą chwilę, a później znaleźli na ziemi, w tym błocie, przeturlali tuż pod jej nogi. Nora przyglądała się temu uważnie, bo nie wiedziała przecież, jak skończy się ta próba obrony. Wydawało jej się, że Steward ma przewagę, okładał mężczyznę z ogromną pasją, jakby chciał się go pozbyć w tej chwili. Starł mu z ust ten żabi uśmiech. Nie widziała jeszcze nigdy Patricka w takim stanie, wyglądał, jakby zupełnie stracił nad sobą panowanie.
Tyle, że nagle przepadł. Zniknął w ciemności, rozpłynął się w powietrzu. Teleportował się? Co to miało być. Nie powinien być w stanie się stąd aportować po tym, co Patrick mu zrobił.
- Nic mi nie jest... - Powiedziała cicho, ale jej głos zaczął się rozmywać. Oni również zniknęli z miejsca w którym miało dojść do zbrodni, a każde z nich obudziło się w swoim własnym łóżku. Tyle, że to panny Figg było zabrudzone krwią, o czym miała się dowiedzieć, kiedy tylko otworzyła oczy.