13.02.2024, 00:55 ✶
Samuel najlepiej czuł się w lesie, a jednocześnie przecież wcale nie był leśnym stworzeniem. Brenna już jako nastolatka przeczuwała, że jest w tym coś niewłaściwego – nie tyle w samym życiu w Kniei, w tym, że to tam czuł się najlepiej, ale jak bardzo pozostawał odizolowany od ludzi. Gryzła się jednak w język i starała jedynie przynosić namiastkę cywilizacji, choćby pod postacią książek.
Nie była pewna, co myśleć o tym przymusowym wysiedleniu Sama z Kniei, zniszczonej po nawałnicy i zaludnionej przez widma. Czy wyjdzie mu to na dobre? Czy odkryje coś nowego? Czy wręcz przeciwnie, było o wiele za późno, i teraz sytuacja jedynie go zniszczy, bo nie zdoła odnaleźć się wśród ludzi?
– Brata, ojca, wujka… – wyliczyła, zaledwie część licznych mieszkańców domu. Oczywiście, to nie tak, że zabrałaby coś z ich szaf bez pytania, ale było też sporo ubrań nienoszonych – dostanych w nieudanym prezencie, za małych lub za dużych, powielonych przypadkiem i tak dalej – które trafiały do jednej skrzyni „na wszelki wypadek”. A i mogła zapytać i coś pożyczyć. – Nikomu jakoś nie wspominałam, a większość o tej porze jeszcze śpi, ale w domu jest sporo ludzi, ktoś mógł zobaczyć cię z okna, także no, to nie tak, że to pilnie strzeżona tajemnica – stwierdziła, przypatrując się mu z pewnym zastanowieniem: czy ta panika była obawą przed tym, że wpadnie na zbyt wiele osób, czy może chodziło o kogoś konkretnego? Zakładała, że to Erik go zaprosił, ale skąd te nerwy?
– Malwa, moja droga, przynieś Samowi wody, proszę. Sam, może pójdziemy na górę? Tam nikt nie będzie nam przeszkadzał – zaproponowała, wyciągając ku niemu dłoń, bo chociaż grzeczniej byłoby posadzić go z tą wodą w salonie, to miała wrażenie, że jeśli ktoś zejdzie na śniadanie, McGongall wyskoczy z siebie. – Bzdura. To przyjęcie dla naszej rodziny i przyjaciół, a więc pewnie, że jest też dla ciebie, Sammy, ale jeżeli poczujesz, że źle się tam bawisz i chcesz wyjść, daję słowo, że nikt z nas się na ciebie nie obrazi.
Sama trochę się martwiła: nie że to miejsce dla niego, ale jak odnajdzie się w małym tłumku ludzi, bo ta „rodzina” i „grono przyjaciół” byli całkiem liczni. Ale też to była okazja. Jeżeli Samuel McGongall chciał całe życie chować się przed ludźmi, miał do tego prawo, ale Brenna uważała, że przynajmniej powinien przekonać się, przed czym się chowa.
I przede wszystkim nie mogła dopuścić, żeby poczuł się niechciany.
– Hm, no że eee… byłoby trochę niestosowne, jakbyś przyszedł bez ubrania? – zasugerowała, trochę zdziwiona tym pytaniem. – Ale wiesz, jeżeli wolisz szatę zamiast koszuli, to droga wolna? Większość chyba założy koszule, ale to nie tak, że wymagałam konkretnego ubioru…
Nie była pewna, co myśleć o tym przymusowym wysiedleniu Sama z Kniei, zniszczonej po nawałnicy i zaludnionej przez widma. Czy wyjdzie mu to na dobre? Czy odkryje coś nowego? Czy wręcz przeciwnie, było o wiele za późno, i teraz sytuacja jedynie go zniszczy, bo nie zdoła odnaleźć się wśród ludzi?
– Brata, ojca, wujka… – wyliczyła, zaledwie część licznych mieszkańców domu. Oczywiście, to nie tak, że zabrałaby coś z ich szaf bez pytania, ale było też sporo ubrań nienoszonych – dostanych w nieudanym prezencie, za małych lub za dużych, powielonych przypadkiem i tak dalej – które trafiały do jednej skrzyni „na wszelki wypadek”. A i mogła zapytać i coś pożyczyć. – Nikomu jakoś nie wspominałam, a większość o tej porze jeszcze śpi, ale w domu jest sporo ludzi, ktoś mógł zobaczyć cię z okna, także no, to nie tak, że to pilnie strzeżona tajemnica – stwierdziła, przypatrując się mu z pewnym zastanowieniem: czy ta panika była obawą przed tym, że wpadnie na zbyt wiele osób, czy może chodziło o kogoś konkretnego? Zakładała, że to Erik go zaprosił, ale skąd te nerwy?
– Malwa, moja droga, przynieś Samowi wody, proszę. Sam, może pójdziemy na górę? Tam nikt nie będzie nam przeszkadzał – zaproponowała, wyciągając ku niemu dłoń, bo chociaż grzeczniej byłoby posadzić go z tą wodą w salonie, to miała wrażenie, że jeśli ktoś zejdzie na śniadanie, McGongall wyskoczy z siebie. – Bzdura. To przyjęcie dla naszej rodziny i przyjaciół, a więc pewnie, że jest też dla ciebie, Sammy, ale jeżeli poczujesz, że źle się tam bawisz i chcesz wyjść, daję słowo, że nikt z nas się na ciebie nie obrazi.
Sama trochę się martwiła: nie że to miejsce dla niego, ale jak odnajdzie się w małym tłumku ludzi, bo ta „rodzina” i „grono przyjaciół” byli całkiem liczni. Ale też to była okazja. Jeżeli Samuel McGongall chciał całe życie chować się przed ludźmi, miał do tego prawo, ale Brenna uważała, że przynajmniej powinien przekonać się, przed czym się chowa.
I przede wszystkim nie mogła dopuścić, żeby poczuł się niechciany.
– Hm, no że eee… byłoby trochę niestosowne, jakbyś przyszedł bez ubrania? – zasugerowała, trochę zdziwiona tym pytaniem. – Ale wiesz, jeżeli wolisz szatę zamiast koszuli, to droga wolna? Większość chyba założy koszule, ale to nie tak, że wymagałam konkretnego ubioru…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.