13.02.2024, 08:37 ✶
Sklep Ollivandera był miejscem niepozornym. Ot, jedna z wielu witryn w najbardziej obleganej alejce Londynu - nic wielkiego, chociaż mijało go codziennie tak wielu czarodziejów i stał tam od tylu setek lat, że już permanentnie wrył się w historię nie tylko tej ulicy, nie tylko magicznych dzielnic, ale i samego miasta. Co było pierwsze - kura czy jajko, sklep Ollivandera czy Londyn? Odpowiedzi na to pierwsze pytanie poszukiwać w tym poście nie będę, ale na to drugie już owszem - a przynajmniej dam tu taką małą wskazówkę, że młodziutki i sięgający mniej-więcej do połowy drzwi Sammy, mógł obejrzeć swoimi ciekawskimi oczyma tabliczkę z napisem „n...rsi wyt...rcy...żdżek od 3...2 p.n.e.”, wyglądającą tak staro, jakby zaraz miała się rozpaść. A tuż nad nią, na o wiele ładniejszej desce, eleganckim krojem pisma wyryto o wiele bardziej zachęcające do wejścia „Otwarte!” - na cóż więc czekać? Być może na rozwiązanie innej tlącej się tu zagadki - tej z samego początku mojej wiadomości - jak niby sklep najznamienitszych brytyjskich różdżkarzy, mieszczący się w tak prestiżowym miejscu, o takiej renomie, z tak wielkim wyborem... jak on mógł być niepozorny? Nic w nim nie powinno być z przeciętności, a jednak - w porównaniu z miejscami wokół, witryna Ollivanderów prezentowała się po pierwsze nudno, po drugie była zakurzona (a przecież nietrudno było translokować ścierkę tak, żeby zaczęła wycierać szyby), po trzecie absolutnie nikt przy niej nie stał. Nakręcane zabawki, modne szaty i wybuchające mopsy - oto prawdziwie przyciągające miejsca, a różdżkarz...
Do różdżkarza chodziło się tylko w kilku, wyjątkowo konkretnych sytuacjach.
Wtedy, kiedy jakiś młodociany gang znowu ukradł ci różdżkę... ewentualnie wybiła ci ją z ręki szefowa Biura Aurorów (ale to nie o tym historia!).
Wtedy, kiedy tę różdżkę zniszczyłeś, lub ona przez swoje nieposłuszeństwo zniszczyła ciebie i wspólnie podjęliście decyzję o rozstaniu.
Wtedy, kiedy rdzeń stracił swoją moc.
Wtedy, kiedy miałeś jedenaście lat i to była najwyższa pora wybrać się do szkoły.
Jak się większość osób domyśla - przeważająca część magicznej społeczności znała to miejsce bardzo dobrze, ale nie dało się ukryć, że ich relacja z nim ograniczyła się do pojedynczego spotkania, podczas którego poznali starszego mężczyznę stojącego za ladą, a później, chociaż wspominali to wydarzenie, sklep Ollivanderów stawał się tłem Pokątnej, stał tam jakby w cieniu, kompletnie niepotrzebny i zapomniany, przynajmniej do momentu, kiedy zdarzyło się coś kompletnie nieoczekiwanego. W taki właśnie sposób był niepozorny. Legendarny i jednocześnie nieszczególnie popularny, elegancki, ale kryjący tę elegancję pod grubą warstwą kurzu... Pełen sprzeczności. Tak wyjątkowo podobny do swojego obecnego właściciela.
Mężczyzna znajdujący się w pomieszczeniu, kiedy przybyli do niego McGonagallowie, uśmiechnął się do nich serdecznie, splatając palce rąk na wysokości swojego brzucha. Przystojny, chociaż zdaniem niektórych nieco zaniedbany - z zarostem na twarzy i lekko roztrzepanymi włosami. Do tego niezbyt wysoki, ubrany w dwie różne odcienie szarości, chociaż zarówno szpodnie jak i koszula wydawały się być zrobione z tego samego materiału - wyglądało to trochę tak, jakby koszulę nosił i prał częściej, a tym samym sprał z niej o dwa tony więcej niż ze spodni. Był dziwny, nieco ekscentryczny - ciężko go było opisać słowami, bo miał twarz tak ciepłą, jak ciepła mogła być twarz przyjaciela witającego cię po latach w miejscu, w którym byłeś i mogłeś czuć się chciany, ale jednocześnie miał w swojej urodzie coś złowieszczego, ale podobno nie ocenia się ludzi po wyglądzie.
- Dzień dobry! Witam serdecznie. - Wykonał zapraszający gest ręką, jakby się mieli rozejrzeć po asortymencie, ale sprzedawane różdżki ukryte były za ladą. Dla gości przewidziano dwa fotele, stolik i gablotki z drewnianymi eksponatami, do pooglądania w czasie, kiedy sprzedawca siłował się z drabiną, chcąc dostać się do dzieła, jakie chciał zaprezentować tej konkretnej osobie. - Garrick Ollivander - przedstawił się, nie wychodząc zza tej wspomnianej wcześniej lady. Nie rozpoznał stojącej przed nim kobiety, słusznie założył więc, że jej różdżka wyszła spod ręki jego świętej już pamięci ojca i to przez niego została sprzedana - wszystkich własnych klientów pamiętał tak, jakby przekroczyli próg pomieszczenia wczoraj.
Skierował swoje spojrzenie w dół. Prosto na Samuela.
- Jak nastrój przed wyborem różdżki?
Do różdżkarza chodziło się tylko w kilku, wyjątkowo konkretnych sytuacjach.
Wtedy, kiedy jakiś młodociany gang znowu ukradł ci różdżkę... ewentualnie wybiła ci ją z ręki szefowa Biura Aurorów (ale to nie o tym historia!).
Wtedy, kiedy tę różdżkę zniszczyłeś, lub ona przez swoje nieposłuszeństwo zniszczyła ciebie i wspólnie podjęliście decyzję o rozstaniu.
Wtedy, kiedy rdzeń stracił swoją moc.
Wtedy, kiedy miałeś jedenaście lat i to była najwyższa pora wybrać się do szkoły.
Jak się większość osób domyśla - przeważająca część magicznej społeczności znała to miejsce bardzo dobrze, ale nie dało się ukryć, że ich relacja z nim ograniczyła się do pojedynczego spotkania, podczas którego poznali starszego mężczyznę stojącego za ladą, a później, chociaż wspominali to wydarzenie, sklep Ollivanderów stawał się tłem Pokątnej, stał tam jakby w cieniu, kompletnie niepotrzebny i zapomniany, przynajmniej do momentu, kiedy zdarzyło się coś kompletnie nieoczekiwanego. W taki właśnie sposób był niepozorny. Legendarny i jednocześnie nieszczególnie popularny, elegancki, ale kryjący tę elegancję pod grubą warstwą kurzu... Pełen sprzeczności. Tak wyjątkowo podobny do swojego obecnego właściciela.
Mężczyzna znajdujący się w pomieszczeniu, kiedy przybyli do niego McGonagallowie, uśmiechnął się do nich serdecznie, splatając palce rąk na wysokości swojego brzucha. Przystojny, chociaż zdaniem niektórych nieco zaniedbany - z zarostem na twarzy i lekko roztrzepanymi włosami. Do tego niezbyt wysoki, ubrany w dwie różne odcienie szarości, chociaż zarówno szpodnie jak i koszula wydawały się być zrobione z tego samego materiału - wyglądało to trochę tak, jakby koszulę nosił i prał częściej, a tym samym sprał z niej o dwa tony więcej niż ze spodni. Był dziwny, nieco ekscentryczny - ciężko go było opisać słowami, bo miał twarz tak ciepłą, jak ciepła mogła być twarz przyjaciela witającego cię po latach w miejscu, w którym byłeś i mogłeś czuć się chciany, ale jednocześnie miał w swojej urodzie coś złowieszczego, ale podobno nie ocenia się ludzi po wyglądzie.
- Dzień dobry! Witam serdecznie. - Wykonał zapraszający gest ręką, jakby się mieli rozejrzeć po asortymencie, ale sprzedawane różdżki ukryte były za ladą. Dla gości przewidziano dwa fotele, stolik i gablotki z drewnianymi eksponatami, do pooglądania w czasie, kiedy sprzedawca siłował się z drabiną, chcąc dostać się do dzieła, jakie chciał zaprezentować tej konkretnej osobie. - Garrick Ollivander - przedstawił się, nie wychodząc zza tej wspomnianej wcześniej lady. Nie rozpoznał stojącej przed nim kobiety, słusznie założył więc, że jej różdżka wyszła spod ręki jego świętej już pamięci ojca i to przez niego została sprzedana - wszystkich własnych klientów pamiętał tak, jakby przekroczyli próg pomieszczenia wczoraj.
Skierował swoje spojrzenie w dół. Prosto na Samuela.
- Jak nastrój przed wyborem różdżki?
no rain,
no flowers.
no flowers.