13.02.2024, 09:28 ✶
Kiedy tylko ich miękkie wargi dotknęły siebie wzajem, zdał sobie sprawę, że nigdy nie przyjdzie mu posmakować nic słodszego. Nawet jeśli ich usta lekko były wysuszone biegiem na przełaj ziem okalających Dolinę Godryka, nawet jeśli wciąż pozostawała na nich cierpkość jednorocznego wina. Samuel był pewien ponad wszelką wątpliwość, że chce, aby trwało to wiecznie, aby pozostali już tu na wieki, wrośnięci w siebie nawzajem, wrośnięci w ziemię, sercem bijącym wspólnym pulsem odwiecznego tchnienia puszczy.
Jeszcze wcześniej lękał się tej chwili, marząc o niej wielokrotnie. Obawiał się jej odczuć, obawiał się odrzucenia, ale nade wszystko bał się, że nadmiar emocji pobudzi klątwę, że zrobi jej krzywdę wtedy gdy najbardziej ze wszystkiego będzie pragnął jej szczęścia. Teraz ślepy i głuchy, zatopiony w bezmyślnym szczęściu nie zauważył nawet, jak bluszcz porósł okoliczne drzewa, jak pośród fioletu słodkiego wrzosu wyrosły białe stokrotki, niezapominajki, jak zaszumiały nad nimi tęgie konary, czując przypływ życiowej energii...
Samuel nie myślał o tym, nie widział tego, bowiem trzymał w rękach swoje Słońce, które mógł w końcu prawdziwie uwielbić. Nie myślał o tym, że choć pragnął na wieczność zamieszkać w jej ustach, to swoimi ześlizgnął się niżej na brodę, uwielbiając kształt jej roześmianej twarzy, spijając teraz każde westchnienie, każde drżenie z białej długiej szyi. Wtłaczał modlitwy, cal po calu, w sumienności niecierpliwego wyznawcy, który w końcu trzymając swoją boginię w dłoniach nie wiedział, czy to na moment, czy na zawsze już. Wyznaczał szlak przez krzywiznę obojczyka, dłonie eksplorowały miękkości brzucha, zsuwając się niżej ku biodrom.
Jesteś pięknem – te słowa nie padły, bo młody mężczyzna nigdy nie był władny w słowem. Mógł tylko oddawać cześć, sycić się bliskością, gładkością białej skóry, irytować jakąkolwiek warstwą, która oddzielała go od aksamitu jej ciała.
Jeszcze wcześniej lękał się tej chwili, marząc o niej wielokrotnie. Obawiał się jej odczuć, obawiał się odrzucenia, ale nade wszystko bał się, że nadmiar emocji pobudzi klątwę, że zrobi jej krzywdę wtedy gdy najbardziej ze wszystkiego będzie pragnął jej szczęścia. Teraz ślepy i głuchy, zatopiony w bezmyślnym szczęściu nie zauważył nawet, jak bluszcz porósł okoliczne drzewa, jak pośród fioletu słodkiego wrzosu wyrosły białe stokrotki, niezapominajki, jak zaszumiały nad nimi tęgie konary, czując przypływ życiowej energii...
Samuel nie myślał o tym, nie widział tego, bowiem trzymał w rękach swoje Słońce, które mógł w końcu prawdziwie uwielbić. Nie myślał o tym, że choć pragnął na wieczność zamieszkać w jej ustach, to swoimi ześlizgnął się niżej na brodę, uwielbiając kształt jej roześmianej twarzy, spijając teraz każde westchnienie, każde drżenie z białej długiej szyi. Wtłaczał modlitwy, cal po calu, w sumienności niecierpliwego wyznawcy, który w końcu trzymając swoją boginię w dłoniach nie wiedział, czy to na moment, czy na zawsze już. Wyznaczał szlak przez krzywiznę obojczyka, dłonie eksplorowały miękkości brzucha, zsuwając się niżej ku biodrom.
Jesteś pięknem – te słowa nie padły, bo młody mężczyzna nigdy nie był władny w słowem. Mógł tylko oddawać cześć, sycić się bliskością, gładkością białej skóry, irytować jakąkolwiek warstwą, która oddzielała go od aksamitu jej ciała.