13.02.2024, 10:29 ✶
Jego rodzice odizolowali się z wyboru, swojemu synowi tego wyboru odmawiając. Wpojono mu od dzieciństwa, że to ile osób mieszka w małym domku pośrodku niczego wszystkiego jest tajemnicą, a on tego nie kwestionował. Taka była jego rzeczywistość. Później zaś, gdy jednej feralnej nocy stracił swoich bliskich, oddal sie w objęcia rutyny, nie zaś przyjaciół, którzy byli niepewni, którym on nie chciał zajmować czasu, ale też, którym nie ufał, nie tak jak stadku testrali, które teraz w końcu stały się dlań pocieszycielami w żałobie.
– Tak, tak chodźmy. – kiwnął głową na poparcie swoich słów, przestając się rozglądać, ruszając za nią, słuchając i próbując zrozumieć.
– Szata? Szata chyba nie, bo... bo napisał mi, że mam założyć koszulę, ale Brenna ja nie wiem, koszule są różne. Są takie z nadmiarem materiału o tu z przodu, jak u indyka, a są z takim o kołnierzem o – gestykulował pokazując, po trosze ciesząc się, że jeszcze nie ma wody, bo pewnikiem by ją rozlał, a nie chciał robić więcej problemów, niż te, które już i tak robił. Cały czas jednak jak opowiadał mówił ściszonym głosem, niemalże konspiracyjnym i co jakiś czas oglądał się za siebie czujnie. –... są kolorowe jak świergotniki, a czasem na koszule zakłada się drugą koszulę, czy to może jest jednak kurta, ale taka fikuśna z długim ogonem jak u feniksa. – westchnął ciężko, rozcierając sobie nerwy po zmęczonej, zarośniętej brodą twarzy. – Bee ja nie wiem, o jaką koszule chodzi, a teraz jeszcze mi mówisz, że nie trzeba koszuli i ja po prostu nie rozumiem... czy ja... czy ja powinienem się przejmować, jeśli ktoś mi wysyła poezję? – ostatnie pytanie powiedział niemal szeptem, drapiąc się po rękach. Źle się czuł, nie powinien tu przychodzić, tylko krok dzielił go przed tym, żeby zmienił się w krogulca i uciekł uchylonym lufcikiem.
– Tak, tak chodźmy. – kiwnął głową na poparcie swoich słów, przestając się rozglądać, ruszając za nią, słuchając i próbując zrozumieć.
– Szata? Szata chyba nie, bo... bo napisał mi, że mam założyć koszulę, ale Brenna ja nie wiem, koszule są różne. Są takie z nadmiarem materiału o tu z przodu, jak u indyka, a są z takim o kołnierzem o – gestykulował pokazując, po trosze ciesząc się, że jeszcze nie ma wody, bo pewnikiem by ją rozlał, a nie chciał robić więcej problemów, niż te, które już i tak robił. Cały czas jednak jak opowiadał mówił ściszonym głosem, niemalże konspiracyjnym i co jakiś czas oglądał się za siebie czujnie. –... są kolorowe jak świergotniki, a czasem na koszule zakłada się drugą koszulę, czy to może jest jednak kurta, ale taka fikuśna z długim ogonem jak u feniksa. – westchnął ciężko, rozcierając sobie nerwy po zmęczonej, zarośniętej brodą twarzy. – Bee ja nie wiem, o jaką koszule chodzi, a teraz jeszcze mi mówisz, że nie trzeba koszuli i ja po prostu nie rozumiem... czy ja... czy ja powinienem się przejmować, jeśli ktoś mi wysyła poezję? – ostatnie pytanie powiedział niemal szeptem, drapiąc się po rękach. Źle się czuł, nie powinien tu przychodzić, tylko krok dzielił go przed tym, żeby zmienił się w krogulca i uciekł uchylonym lufcikiem.