13.02.2024, 21:50 ✶
– Myślę, że to w takim razie był żart, który nawiązywał do tego spotkania – skwitowała Brenna, zerkając na Samuela, a w głowie obracając pytanie, od kogo w takim razie był ten list i dlaczego McGongall tak się nim przejmował. – Nie przejmuj się tym jakoś bardzo – poradziła, bo miała pewne obawy, że intencje nadawcy listu mogły zostać opacznie zrozumiane przez kogoś, kto prawdopodobnie rzadko dostosował tego typu wiadomości.
Uśmiechnęła się mimowolnie na jego wyjaśnienia: o kolorowych piórkach, które są miłe dla oka, które w porze lęgowej mogą przyciągać partnerów, a zimą służyć za ochronę.
– W przypadku ludzi jest całkiem podobnie, tak myślę. To znaczy pod tym względem, że… każde ubranie daje pewien, jak to ująć… komunikat? Co do okazji, co do twoich zamiarów, co do ciebie… – Lubiła mówić: ale czasem brakowało jej właściwych słów przy Samie, bo zwykle mówiła szybciej niż myślała, a przy nim musiała niekiedy zastanowić się, wepchnąć te słowa w odpowiednie ramy, dostosować do jego świata. Wskazała więc po prostu palcem na samą siebie, a potem przesunęła dłonią w dół, pokazując na swoje ciuchy, tak bardzo nie pasujące do córki rodu czystej krwi. – Wygoda ważniejsza niż elegancja, swobodne spotkanie, i tak dalej – spróbowała wyjaśnić, co ma na myśli.
A potem uniosła dłonie, by na moment ująć twarz McGongalla. Po przyjacielsku po prostu: dla Brenny takie gesty była naturalne prawie jak oddychanie. Wyciągała ręce do krewnych, przyjaciół, a nawet zwykłych znajomych odruchowo, i robiła to póki nie zauważała, że się przed nimi cofali, bo chociaż wiele chowała za swoim uśmiechem i paplaniem, nie lubiła trzymać dystansu od osób, na których jej zależało. Bo uważała, że taki dotyk czasem jest potrzebny i wiele mówi.
– Sammy, jeżeli o to pytasz, to myślę, że tak, przyszedł czas, żeby spróbować. Po prostu sprawdzić, jak ci się to spodoba? Jak się w tym odnajdziesz? Nie musisz robić niczego na siłę, a chociaż w tym klubie będzie sporo osób, to właściwie sami krewni i przyjaciele, więc to chyba dobre miejsce, żeby zacząć – stwierdziła, po czym cofnęła dłonie.
Martwiła się o niego. Martwiła się, jak znosi utratę Kniei, jak poradzi sobie wrzucony pośród ludzi, od których rodzice tak gwałtownie go odcięli. Ale przyzwyczajenie było drugą naturą człowieka, a on przecież wcale nie był głupi: myślał tylko w trochę inny sposób niż ci, którzy dorastali jako członkowie społeczeństwa.
– W takim razie poczekam na zewnątrz. Nie przejmuj się, gdyby była trochę przyduża, Malwa błyskawicznie ją dopasuje – obiecała.
Uśmiechnęła się mimowolnie na jego wyjaśnienia: o kolorowych piórkach, które są miłe dla oka, które w porze lęgowej mogą przyciągać partnerów, a zimą służyć za ochronę.
– W przypadku ludzi jest całkiem podobnie, tak myślę. To znaczy pod tym względem, że… każde ubranie daje pewien, jak to ująć… komunikat? Co do okazji, co do twoich zamiarów, co do ciebie… – Lubiła mówić: ale czasem brakowało jej właściwych słów przy Samie, bo zwykle mówiła szybciej niż myślała, a przy nim musiała niekiedy zastanowić się, wepchnąć te słowa w odpowiednie ramy, dostosować do jego świata. Wskazała więc po prostu palcem na samą siebie, a potem przesunęła dłonią w dół, pokazując na swoje ciuchy, tak bardzo nie pasujące do córki rodu czystej krwi. – Wygoda ważniejsza niż elegancja, swobodne spotkanie, i tak dalej – spróbowała wyjaśnić, co ma na myśli.
A potem uniosła dłonie, by na moment ująć twarz McGongalla. Po przyjacielsku po prostu: dla Brenny takie gesty była naturalne prawie jak oddychanie. Wyciągała ręce do krewnych, przyjaciół, a nawet zwykłych znajomych odruchowo, i robiła to póki nie zauważała, że się przed nimi cofali, bo chociaż wiele chowała za swoim uśmiechem i paplaniem, nie lubiła trzymać dystansu od osób, na których jej zależało. Bo uważała, że taki dotyk czasem jest potrzebny i wiele mówi.
– Sammy, jeżeli o to pytasz, to myślę, że tak, przyszedł czas, żeby spróbować. Po prostu sprawdzić, jak ci się to spodoba? Jak się w tym odnajdziesz? Nie musisz robić niczego na siłę, a chociaż w tym klubie będzie sporo osób, to właściwie sami krewni i przyjaciele, więc to chyba dobre miejsce, żeby zacząć – stwierdziła, po czym cofnęła dłonie.
Martwiła się o niego. Martwiła się, jak znosi utratę Kniei, jak poradzi sobie wrzucony pośród ludzi, od których rodzice tak gwałtownie go odcięli. Ale przyzwyczajenie było drugą naturą człowieka, a on przecież wcale nie był głupi: myślał tylko w trochę inny sposób niż ci, którzy dorastali jako członkowie społeczeństwa.
– W takim razie poczekam na zewnątrz. Nie przejmuj się, gdyby była trochę przyduża, Malwa błyskawicznie ją dopasuje – obiecała.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.