13.02.2024, 21:58 ✶
Co ty zrobiłaś? Pytanie doskonałe; pamiętała, że nie raz i nie dwa je sobie zadawała. Pewnie, nie można powiedzieć, że nie próbowała jak najbardziej złagodzić skutków swoich działań lub wręcz sabotować powierzone zadania (jak choćby te pieprzone ulotki...), ale nadal nie sprawiało to, że noce mijały bez jakichkolwiek koszmarów i wyrzutów sumienia.
Chyba naprawdę trzeba było wcześniej się stamtąd zawijać, zamiast przeciągać sprawę. Własna śmierć niczego jej nie nauczyła? W poprzednim życiu przecież też przeciągała, pozwalając, by strach brał górę, aż w końcu zrobiło się za późno, by wszystkiemu zapobiec.
I choć być może ta ławeczka mogła nasuwać skojarzenie z mugolskimi konfesjonałami a sama rozmowa zdawała się być pewną formą spowiedzi, to nie - wyznawanie wszystkich grzechów tu i teraz... nie tego chciała, nie to planowała, nie mieli raczej na tyle czasu, żeby mogła mu opisać cały rok, każde posunięcie, każdego zaangażowanego... Choć z tym ostatnim to byłoby trudno, skoro w pamięci Carrow kryły się jedynie peleryny, maski, pseudonimy. Twarze, imiona pozostawały poza jej zasięgiem.
Co ty zrobiłaś? Zbyt wiele, żeby móc patrzeć we własne odbicie bez absmaku.
Nie zaprotestowała, kiedy zażądał różdżki. Tego jednego przedmiotu, który był wręcz przedłużeniem ręki czarodzieja. Najwierniejszym towarzyszem, o ile dana osoba nie sprzeniewierzała się wartościom zapisanym w drewnie - bo i takie kijki przecież się zdarzały. Kapryśne czy też mające swój różdżkowy honor i odmawiające splamienia się niegodziwą magią. Ale i też nie spełniła tego żądania natychmiast. Sekunda-dwie pozostawiania w bezruchu, zanim w końcu zdecydowała się wydobyć swoją różdżkę – z jasnego drewna, wyglądającą delikatnie, może nawet za delikatnie jak na kogoś, kim wydawała się być Alanna Carrow - i podać ją Patrickowi tak, jakby przekazywała nóż; rączką skierowaną w jego stronę.
Milczący wyraz zaufania - bo przecież w tej chwili stawała się bezbronna. Bez magii, jakie miała szanse, żeby się ulotnić...?
Wiem znacznie więcej niż myślisz, że mogę wiedzieć.
Oczywiście że nie powiedziała tego na głos. Jakby jej kto samej rzucił coś takiego prosto w oczy, to wytłumaczenie, że nie kryło się za tym nic złego, byłoby dość trudnym zadaniem. Ale też, skoro odrzucała maskę... łut szczęścia nie był prawdziwą odpowiedzią, nie w pełni.
- Nie wiedziałam. Miałam nadzieję i trochę szczęścia. Nie powinnam się już poruszać po naszej części Londynu. Jeśli jeszcze mnie nie szukają, to wkrótce zaczną. Brygada pewnie też, jak się w końcu zorientują, że spalone mieszkanie jest moje - westchnęła ciężko. Jakich słów użyć, żeby nie przesadzić z dawkowaniem informacji i nie wywrzeć skutków zgoła odmiennych...? - W twoim mieszkaniu zastałam innego lokatora, a to, że spotkaliśmy się w pubie sugerowało, że pewne nawyki pozostały niezmienione - dodała zaraz, dość ostrożnym tonem, uważnie obserwując Patricka; bardzo wyraźnie czuła, że wchodzi na wybitnie grząski grunt. Tak. Zdradzała się z tym, że wie. Wiedziała o dawnej kawalerce. O wycieczkach do pubów. Co jeszcze…?
- Taką, która nie istnieje. To tylko dane w papierach i to, kim kiedyś była - odparła cicho - Spójrz na mnie. Tak naprawdę spójrz - poprosiła, ewidentnie odwołując się do daru Trzeciego oka; tu i teraz była gotowa opuścić chroniące bariery, gdy tylko poczuła choćby najmniejsze muśnięcie wzroku.
Wybacz mi.
Tylko czy to jest możliwe?
- I prawda jest taka, że ja też nie powinnam już istnieć. Ja... – zacięła się na chwilę. Najdroższy, naprawdę zrozumiem, choć liczę, że zdecydujesz inaczej – … przepraszam, że przychodzę do ciebie dopiero teraz – szepnęła, ledwo słyszalnie.
Chyba naprawdę trzeba było wcześniej się stamtąd zawijać, zamiast przeciągać sprawę. Własna śmierć niczego jej nie nauczyła? W poprzednim życiu przecież też przeciągała, pozwalając, by strach brał górę, aż w końcu zrobiło się za późno, by wszystkiemu zapobiec.
I choć być może ta ławeczka mogła nasuwać skojarzenie z mugolskimi konfesjonałami a sama rozmowa zdawała się być pewną formą spowiedzi, to nie - wyznawanie wszystkich grzechów tu i teraz... nie tego chciała, nie to planowała, nie mieli raczej na tyle czasu, żeby mogła mu opisać cały rok, każde posunięcie, każdego zaangażowanego... Choć z tym ostatnim to byłoby trudno, skoro w pamięci Carrow kryły się jedynie peleryny, maski, pseudonimy. Twarze, imiona pozostawały poza jej zasięgiem.
Co ty zrobiłaś? Zbyt wiele, żeby móc patrzeć we własne odbicie bez absmaku.
Nie zaprotestowała, kiedy zażądał różdżki. Tego jednego przedmiotu, który był wręcz przedłużeniem ręki czarodzieja. Najwierniejszym towarzyszem, o ile dana osoba nie sprzeniewierzała się wartościom zapisanym w drewnie - bo i takie kijki przecież się zdarzały. Kapryśne czy też mające swój różdżkowy honor i odmawiające splamienia się niegodziwą magią. Ale i też nie spełniła tego żądania natychmiast. Sekunda-dwie pozostawiania w bezruchu, zanim w końcu zdecydowała się wydobyć swoją różdżkę – z jasnego drewna, wyglądającą delikatnie, może nawet za delikatnie jak na kogoś, kim wydawała się być Alanna Carrow - i podać ją Patrickowi tak, jakby przekazywała nóż; rączką skierowaną w jego stronę.
Milczący wyraz zaufania - bo przecież w tej chwili stawała się bezbronna. Bez magii, jakie miała szanse, żeby się ulotnić...?
Wiem znacznie więcej niż myślisz, że mogę wiedzieć.
Oczywiście że nie powiedziała tego na głos. Jakby jej kto samej rzucił coś takiego prosto w oczy, to wytłumaczenie, że nie kryło się za tym nic złego, byłoby dość trudnym zadaniem. Ale też, skoro odrzucała maskę... łut szczęścia nie był prawdziwą odpowiedzią, nie w pełni.
- Nie wiedziałam. Miałam nadzieję i trochę szczęścia. Nie powinnam się już poruszać po naszej części Londynu. Jeśli jeszcze mnie nie szukają, to wkrótce zaczną. Brygada pewnie też, jak się w końcu zorientują, że spalone mieszkanie jest moje - westchnęła ciężko. Jakich słów użyć, żeby nie przesadzić z dawkowaniem informacji i nie wywrzeć skutków zgoła odmiennych...? - W twoim mieszkaniu zastałam innego lokatora, a to, że spotkaliśmy się w pubie sugerowało, że pewne nawyki pozostały niezmienione - dodała zaraz, dość ostrożnym tonem, uważnie obserwując Patricka; bardzo wyraźnie czuła, że wchodzi na wybitnie grząski grunt. Tak. Zdradzała się z tym, że wie. Wiedziała o dawnej kawalerce. O wycieczkach do pubów. Co jeszcze…?
- Taką, która nie istnieje. To tylko dane w papierach i to, kim kiedyś była - odparła cicho - Spójrz na mnie. Tak naprawdę spójrz - poprosiła, ewidentnie odwołując się do daru Trzeciego oka; tu i teraz była gotowa opuścić chroniące bariery, gdy tylko poczuła choćby najmniejsze muśnięcie wzroku.
Wybacz mi.
Tylko czy to jest możliwe?
- I prawda jest taka, że ja też nie powinnam już istnieć. Ja... – zacięła się na chwilę. Najdroższy, naprawdę zrozumiem, choć liczę, że zdecydujesz inaczej – … przepraszam, że przychodzę do ciebie dopiero teraz – szepnęła, ledwo słyszalnie.