Prawdopodobnie to on stanowił tę jedną milionową wszechświata zamykającą się w mikrokosmosie zmysłowej pamięci, której potrzebowała, a jego śmiech rozbił się prędko perłami zerwanymi ze sznurka w absolucie jej umysłu; przyglądała mu się spod tej firany kruczych rzęs, kącikami ust drżąc, jakby nieprzekonana do świadomego uśmiechu. Powinna była odwrócić ten zatracony wzrok z jego ust, napomnieć się wielokroć i odkleić lepkie spojrzenie w przeciwnym kierunku, zgrywać zblazowaną arystokratkę, niedostępny akwen, który gościł tylko jedną różę. Zamiast tego gubiła się pomału, miękła pod jego wzrokiem, a każdorazowe sekundy potęgowały bicie jej skorego do uniesień serca – Loretta przecież miałką kobietą nie była w żadnym względzie.
Może dlatego go prowokowała?; może dlatego posyłała te umarłe uśmiechy – umarłe, bo sprowadzające niechybnie na manowce. Jeszcze jedno uderzenie serca i…
Ponownie uniosła miękki jak biszkopt wzrok, uciekając się do masywu kokieterii, w której była przecież rozbrajająco, urokliwie wręcz szczera, niezakłamana i odmienna od tych panien w sweterkach znaczonych monogramami. Jej prywatne niebo było w końcu tutaj, zmieszane z tchnieniem papierosowym, krwistą szminką i diaboliczną osobowością o posturze zgoła anielskiej.
Nosiła na ramionach barchanowy całun braku apatii; oderwane tak rześko od klejącej socjety bytowanie; może była westchnięciem, a może jedynie fatamorganą – nikt dotychczas nie zagościł w jej młodym sercu dosadniej, aniżeli jakaś gałązka magnolii odpiłowana gdzieś przy skwerze; silniej niż stukot jej obcasów wybijający melodię prospektu newskiego, gdy zapuściła się z bratem w rosyjskie bezkresy. Ciężar szepczący bezeceństwa do ucha, pobudzający jej potrzebę bycia zauważoną i podziwianą – był to swoisty narkotyk, ciężki o tyle, że uzależniający od pierwszej igły wbitej w żyłę. Musiała być wyraźna; musiała wybijać się blaskiem supernowej, a lukrowane kłamstwa sprzedawała z nieposkromioną wprawą.
Założyła nogę na nogę z delikatną pruderią, którą momentalnie zamknęła w kapsule niebytu, gdy niby przypadkiem dotknęła czubkiem buta jego łydki. Sarnie oczy definitywnie nie dorosły do tego rodzaju śmiałości, podwiązek, które opatulały jej uda, definiując drogę podboju.
– Nie spytam pana o imię – zręcznie wychwyciła jego celowy zabieg nieujawniania tej informacji. – Mogłabym teraz słodko stwierdzić, iż będę pana nazywać co najwyżej swoim przeznaczeniem, ale… – Zmrużyła oczy, otulając bibułkę papierosa pełnią warg. – …nie nawykłam do tak prostych stwierdzeń. A między nami – urwała, pochylając się ku niemu z tak absolutną konspiracją, że mógł poczuć zapach bergamotki moszczący się w zgięciu jej szyi – nie muszę o panu wiedzieć nic, aby dzisiejszej nocy triumfować. Czy to zbyt śmiałe? Możliwe. Czy to godzi w moje dobre imię? Z całą pewnością.
– Z sierpa księżyca łatwo spaść, a upadłych aniołów nie brak na tym świecie – skwitowała, przekrzywiając nieznacznie głowę, wzrok ogniskując gdzieś pomiędzy jego oczami, których bezdenny błękit mógł istotnie sprowadzać na samo dno Tartaru. Odwróciła się jednak na moment, dłonią sięgając do popielniczki, pozwalając umarłemu popiołowi opuścić rozognione oczko tlącego się wciąż papierosa.
– Och, pan się nudzi? – Uniosła wysoko brwi. – Zaproponowałabym urwanie się stąd – perseidy tą porą roku są wyjątkowo urokliwe. W końcu, co mamy do stracenia poza wszystkim? – zawtórowała.
Istotnie, znudzenie przemykało po jej obliczu z równą intensywnością, z którą on ogniskował swoje spojrzenie w niej – roztropnie i mętnie, udawała nieświadomą wszelkiej gry, którą zaczęli prowadzić; Loretta nigdy nie była wybitna w końcu w szachach, jednak gdy szło o meandry życiowe, bywała jadowitą żmiją. Ciekawość rozpostarła swoje poła, a ona, mająca jeszcze niepełne dwadzieścia wiosen, kokietowała tak, jak to robią młode dziewczęta; w niej jednak było coś na tyle wyważonego, roziskrzonego i tętniącego życiem, że nie miała sobie równych w tej konkurencji.
– Jestem tą marą, która błądzi gdzieś między ziemią a niebem, oddychając marzeniami. Wiem wiele o sentymentalności, mam wrażenie, że tylko z niej jestem zbudowana. – Pochyliła się ku niemu, przysuwając się nieznacznie na skraj krzesła. – Brzmię patetycznie. I jestem patetyczna. Zyskuję przy bliższym poznaniu – pozwoliła sobie na tę gorzką ironię, która rozsmakowała się na jej języku słodko-kwaśno.
Gwałtownie podniosła się, a mając teraz tę wyższość ponad nim, miękkie, lepkie spojrzenie umiejscowiła w jego oczach, górując tym razem.
– Dbam o swoją opinię, jednak bardziej niż o nią, dbam o brak nudy – rzekła, wyciągając ku niemu dłoń. – To jak? – Kąciki jej ust ponownie zadrgały niepoprawnie.
Noc rozpościerała swoją ciemną, poprzetykaną gwiazdami szatę ponad ich głowami; zupełnie jakby niebo chciało wykonać głęboki skłon, usprawiedliwiając się tą skłonnością do wtórowania rzeczom absolutnym i miałkim. Ona jednak, tak absolutnie nieabsolutna, tak miękka, że aż rozlewająca się w ustach, trzymała go za dłoń – drzewa sadowe, trącane przez dęcie zefiru kołysały subtelnie gałęziami, rozpostartymi jak nitki waty cukrowej, a ona w głowie miała pstro.
Niebywałe, że tutaj jestem. Niebywałe, że trzymam za dłoń Ciebie, tak jakby każda sekunda miała swoje imię, które spopielało się z ich upływem. Nie znam Cię nawet trochę, nie znam Cię wcale, a jednak w jakiś sposób wydaje się to właściwe. Nie puszczaj mojej dłoni.
Wyślizgnęła się z jego uścisku dopiero, gdy opadła na miękką trawę, a gdy ten jej zawtórował, obróciła twarz w jego kierunku.
– Czy jest pan nadal znudzony? – zabrzmiała retoryką, wyciągając dłonie ku niebu, na którym prędko błysnęła jedna ze spadających gwiazd. – Tutaj możemy poznać się jak chcemy; poznać się na naszych warunkach.
Uśmiech spłynął na jej wargi tak, jak aureola kruczych włosów, która rozlała się dookoła jej głowy. Było w tym coś buńczucznie zakazanego, a jednocześnie zdawało się być właściwym – każde muśnięcie jego palców i te wszystkie nieistotności, które zawarły się w tym jednym wieczorze, jednym na milion i jednym na wieczność.
Gotta admit, I'm a hypocrite
I like it way better than being on the side of it
I'm a psycho, loving it